niedziela, 31 grudnia 2017

27. The encounter

 Szczęścia w Nowym Roku Wam życzę! A dla tych, którzy nie mają jeszcze planów na Sylwestra, świeżutki rozdział. Pozdrówki!
 
***
 
– A… a… ale o co chodzi? Już nawet liderki wyzwać nie wolno? Co ja takiego zrobiłem, co? – Nastoletni chłopak w niebieskiej czapce, zachodzącej mu trochę za nisko na oczy, wyrwał się wreszcie z uścisku Nathaly i z niezadowoloną miną rozmasował obolały nadgarstek. – Czego ty ode mnie chcesz?
– Żebyś coś potwierdził. Będziesz świadkiem.
– Że co? Zresztą, wszystko jedno co. Jak coś chciałaś ode mnie, to mogłaś poprosić, a nie zaraz szarpać i ciągnąć za rękę.
Nathaly nabrała duży haust powietrza. Naprawdę, bardzo chciała się uspokoić. Ostatnio zachowywała się jak nie ona. Bo co jak co, ale czatowanie w krzakach przed salą liderki zdecydowanie nie wpisywało się w stały repertuar jej zachowań. Nawet Abby, która obserwowała przyjaciółkę z pobliskiej ławeczki, gdzie Nathaly zostawiła ją dla świętego spokoju, była nieco skołowana jej zachowaniem.
– Wybacz, ale nerwy mi już puszczają. Mam tego całego Goldenrod potąd – wycedziła przez zęby Nathaly i energicznym ruchem nad własną głową pokazała chłopakowi, pokąd tak naprawdę ma tego całego Goldenrod.
– To czemu sobie stąd nie pójdziesz?
– Temu – odparła krótko dziewczyna, wskazując małą, metalową przypinkę, w kształcie złotego kwadratu z białą obwódką, która wyraźnie kontrastowała na granatowej bluzie trenera.
– Co? Ej, to moja odznaka! Dopiero co ją zdobyłem. Wygraj sobie swoją!
– No właśnie nie mogę.
– Bo co?
– Bo… – Nathaly urwała nagle i westchnęła ciężko. Zamiast tłumaczyć głupią sytuację, w jakiej się znalazła, postanowiła zacząć od drugiej strony. – Widziałam cię, jak wychodziłeś stąd parę minut temu. Walczyłeś z Whitney?
– Tak. – Nastolatek pokiwał głową, patrząc na Nathaly trochę tępawo.
– I co ci powiedziała, kiedy poprosiłeś o pojedynek?
– A co cię to?
– Oj no, proszę, nie bądź taki. Wiem, że nie byłam zbyt uprzejma szarpiąc cię i w ogóle, ale ja też próbowałam wyzwać Whitney do walki, a ona nie chce się zgodzić.
– Co? To lider tak w ogóle może? – Chłopak popatrzył na Nathaly nieco przychylniej, kiedy dowiedział się, że jest jego koleżanką po fachu. Nathaly wzruszyła ramionami, nie znając odpowiedzi. – No dobra… Whitney powiedziała, że nie ma teraz zbyt wielu wyzwań i możemy zawalczyć od razu.
– Aha, wiedziałam! – Dziewczyna pstryknęła palcami.
– Ale co wiedziałaś?
– Że coś jest na rzeczy. Wejdź ze mną, proszę, do środka. W razie czego powtórzysz jeszcze raz to, co mi powiedziałeś, okej?
– No okej, co mi szkodzi. Ale wisisz mi puszkę coli. W środku jest automat.
– Niech będzie. – Nathaly przewróciła oczami. Niech żyje upadek bezinteresowności!
Weszli więc do sali. Budynek, który z zewnątrz przypominał ogromne Centrum Pokemon, z czerwoną kopułą w miejsce dachu i neonowym napisem „Sala Pokemon Goldenrod City” tuż nad drzwiami, przywitał ich na pozór gościnnie. Automatyczne drzwi rozsunęły się z cichym szumem. I na tym, w sumie, gościnność się skończyła.
Piegowata chudzinka, tak jak poprzednim razem, powitała przybyłych zza lady w rejestracji.
– Naomee. – Nathaly przywitała ją delikatnym skinieniem głowy. Nie siliła się na grzeczność. Przeczuwała, że raczej nie przyjmą jej tu z otwartymi ramionami. I miała rację.
– Znowu ty? – Ton pracownicy sali daleki był od uprzejmości. – Whitney jeszcze nie ma czasu cię przyjąć. Za dużo wyzywających. Mówiłam, że damy ci znać, kiedy będzie wolna.
– Tak, tak. Rozumiem. – Nathaly odetchnęła i pokręciła powoli głową, patrząc niewinnie w sufit. Potem odetchnęła po raz drugi i zniżyła groźnie ton. – Za dużo wyzywających. Słyszałam trochę co innego. Ten tutaj, walczył u was przed chwilą? – zapytała, wskazując głową na stojącego po jej lewej trenera.
– Siema. – Chłopak uniósł prawą rękę, patrząc prosto w oczy recepcjonistki, z raczej obojętną miną.
Naomee ściągnęła brwi. Mieszanka irytacji i bezradności wyglądała dość zabawnie na jej drobnej, dziewczęcej twarzyczce.
– Dobra – fuknęła wkurzona. Skapitulowała, czując czym sprawa pachnie. – Idę po szefową.
Ledwie Naomee zniknęła na zapleczu, nastoletni trener wyciągnął w stronę Nathaly otwartą dłoń.
– Smacznego – burknęła tamta niezbyt uprzejmie, rzucając na nią kilka drobniaków.
 
*** 

Było tu jak w szpitalu. Z wyglądu, z zapachu pokój faktycznie przypominał szpitalną salę. Salę szpitala dla obłąkanych, jeśli wziąć pod uwagę, że drzwi były ciągle zamknięte na klucz i nie zamierzano żadnego z pacjentów stamtąd wypuścić. Rocketsi naprawdę się postarali. Margot sprawdziła to dokładnie. Drzwi solidne, metalowe, trochę jak w bankowych sejfach, tylko cieńsze. Kratki wentylacyjne mocne, przyspawane na stałe, a poza tym i tak zbyt wąskie, by mogła się przez nie wydostać. Okien brak. Tego akurat mogła się spodziewać. Ten śmierdzący szczur, Giovanni, zawsze lubił kopać sobie nory pod ziemią.
Spędziła tu już dwie noce, na metalowym, szpitalnym łóżku z poszarzałym, piankowym materacem, jakże wygodnym w porównaniu z twardą i zimną podłogą lochów. Wychudzony naukowiec, Fuji, czy jak mu tam było, nie był zbyt rozmowny. Sama Margot zresztą też nie miała zbytnio ochoty na pogawędki z nim. Widywała go tylko przelotem, kiedy wychodził ze swojej sypialni, zmieniał Kurtowi kroplówkę i znikał w tym tajemniczym, ciemnym pomieszczeniu, wyglądającym jak jakieś upiorne zaplecze, od którego wionęło podejrzanym zapachem formaliny.
Dwie długie noce i dwa długie dni Margot musiała czekać, aż Kurt odzyska przytomność. Przez cały ten czas nie odstępowała jego łóżka na krok. Jadła przy nim, spała przy nim, na małym, metalowym krzesełku. Niemal nie spuszczała z niego wzroku, bojąc się, że jeśli to zrobi, któryś z tych paskudnych, zawszonych bandziorów znów położy na nim swoje brudne łapy. Nie, Kurt nie był jakoś szczególnie bliski jej sercu. Znała go raczej z telewizji, na żywo widziała może ze dwa razy. Zresztą, Margot wiedziała doskonale, że nawet gdyby znała się ze staruszkiem trochę lepiej, i tak nie poświęcałaby się dla niego ot tak, bezinteresownie. Empatia i altruizm zdecydowanie nie leżały w jej naturze. Skąd więc to nagłe oddanie? To również wiedziała. Margot trzymała się Kurta tak kurczowo, ponieważ starzec był jedyną przyjazną jej rzeczą w tym okropnym więzieniu. I o ile do tej pory, nomen omen, faktycznie bardziej przypominał rzecz niż osobę, trzeciego dnia, koło południa, wreszcie otworzył oczy.
– Czy już… koniec? – wyrzęził niewyraźnie. Margot nie była zdziwiona, że gardło odmawiało mu posłuszeństwa. Po tak długim czasie i wszystkim, co ostatnio przeszedł, ochrypnięty głos naprawdę był najmniejszym problemem. – Jesteśmy… bezpieczni?
Margot milczała przez chwilę. Szpitalne otoczenie i zapach faktycznie mógł obudzić w starym mistrzu Pokeballi fałszywą nadzieję, że jego koszmar dobiegł końca. Kobieta wiedziała, że jedno jej szczere słowo może zdmuchnąć tę nadzieję jak wypalony ogarek świecy. Nie chciała być tak brutalna. Co innego mogła jednak powiedzieć?
– Na razie tak – wyszeptała, sama nie wiedząc, czy przypadkiem nie kłamie.
Kurt, choć ledwo co oprzytomniał, był na tyle domyślny, by czytać jej słowa między wierszami.
– Więc to jeszcze nie koniec – wychrypiał, gubiąc się wzrokiem na bladej powierzchni sufitu. Szukał czegoś. Wyraźnie przeszukiwał myśli, wspomnienia i zakamarki świadomości, chcąc pozbierać coś do kupy. Wreszcie zebrał się w sobie, fizycznie i umysłowo, co, w jego stanie, było niemałym wysiłkiem i skinął na Margot żylastą dłonią. A kiedy tamta pochyliła się nad jego twarzą, nabrał powietrza ze świstem, z jakim nabierają powietrza staruszkowie, których od zejścia z tego świata chroni jedynie działanie respiratora. Nie było to zresztą dalekie od prawdy. – Słuchaj. Posłuchaj, czego się dowiedziałem. Ja pewnie już stąd nie wyjdę. Ty… nie wiadomo. Ale gdyby tak, gdyby ci się udało, to posłuchaj. Ich przywódca, ich lider… Giovanni – Margot skrzywiła się mimowolnie na dźwięk tego imienia – zdobył Pokeball. Nie taki zwykły, ale jeden z robionych przeze mnie, wyjątkowych Balli. Master Ball. Słyszałaś o nich?
Margot skinęła głową, choć była pewna, że Kurt zapytał tylko po to, aby zrobić sobie przerwę na kilka głębokich wdechów. Widziała, jak musiał walczyć o każdy z nich.
– Wewnątrz jest Pokemon. Niespotykanie potężny, z niesamowitymi zdolnościami psychicznymi, przy pomocy których blokuje mechanizm Master Balla. On nie chce wyjść, rozumiesz? Nie chce, by ktokolwiek go stamtąd wypuścił. Nie wiem dlaczego, ale Giovanni jest bardzo zdesperowany, bo go stamtąd wyciągnąć. Widziałem go tylko raz, ale zdaje się… zdaje mi się, że on nie ma czasu. Tu nie może chodzić o zwykłą chęć posiadania, o głupie pragnienie dominacji nad Johto. On… on ma nóż na gardle. Tak to wyglądało. Nie wiem dlaczego ty tu jesteś, moje biedne dziecko, ale wiedz, że on nie cofnie się przed niczym.
– Wiem…
– Zrobi wszystko, żeby wydobyć tego Pokemona. Nic go nie powstrzyma.
– Wiem – powtórzyła Margot z całym przekonaniem.
– Giovanni zrobi wszystko, bo jeśli się nie uda, on...
Kurt zamilkł nagle, kiedy drzwi za jego łóżkiem uchyliły się i Fuji wyszedł ze swojego zaplecza, niosąc za sobą nieprzyjemną woń formaliny. Staruszek natychmiast zamknął oczy. Margot wymieniła z Fujim długie, ciężkie i niechętne spojrzenie. Choć mężczyzna nie skrzywdził jej ani razu, a nawet próbował być dla niej, w pewien chłodny sposób, uprzejmy, Margot nie zamierzała zmienić swojego zdania o nim. Ludzie z Team Rocket są nieobliczalni. Wszyscy. Nie można im ufać. Nie można opuszczać gardy w ich obecności. Wcale nie dziwiło ją, że Kurt wolał udawać nieprzytomnego. Też by tak pewnie zrobiła na jego miejscu.
 
***
 
– Prosiłam, żebyś poczekała, aż po ciebie zadzwonię – powiedziała stanowczo Whitney.
Jak na liderkę, była dość młoda. Na pewno nie przekroczyła jeszcze dwudziestki, a i z pełnoletnością sprawa nie do końca była taka pewna. Whitney ubierała się bardzo dziewczęco. Miała na sobie coś w rodzaju białego uniformu z różową oblamówką, króciutkie, białe szorty i grube podkolanówki w paski. Całość ubioru liderki, w połączeniu z dwoma, różowymi kiteczkami i delikatną buzią, sprawiały, że wyglądała, w najlepszym razie, na rówieśniczkę Nathaly.
– I czekałam – odparła twardo trenerka. Nie chciała być niegrzeczna, ale nie zamierzała znów dać się puścić z kwitkiem. Wystarczyło, że musiała stać w poczekalni i kwitnąć niemal całą godzinę, zanim Naomee łaskawie sprowadziła swoją szefową. – Ale ile można? Czas leci, a ja mam jeszcze kilka odznak do zdobycia. Nie mogę tu siedzieć i siedzieć. Nie wyrobię się przed rozpoczęciem finałów Ligii, jeśli za każdym pojedynkiem będę tak długo czekać.
– I tak wątpię, żeby w jakiejkolwiek sali cię jeszcze przyjęli – mruknęła liderka pod nosem. Szybko ugryzła się w język. Po wyrazie zmieszania na jej twarzy widać było, że nie powinna była tego mówić. A Nathaly nie powinna była tego usłyszeć. Ale usłyszała.
– Proszę?! – krzyknęła, tracąc cierpliwość i opanowanie. – Nie, dosyć tego! Nie mam pojęcia, dlaczego nie chcesz ze mną walczyć, ale gdybyś miała choć trochę przyzwoitości, to od razu byś mi o tym powiedziała, a nie kazała niepotrzebnie siedzieć w Goldenrod. Mogłam już być dwa miasta dalej! Bardzo śmieszne, serio! Myślisz, że to takie zabawne, utrudniać życie niewinnym trenerom?
– Niewinnym – parsknęła pod nosem Whitney.
– Że co, proszę? Nie no, naprawdę, dość! Wynoszę się stąd. Łaski bez! Jeśli nie chcesz walczyć, to pójdę gdzie indziej! Dzięki za nic!
Nathaly odwróciła się gwałtownie i zamaszyście ruszyła ku drzwiom. Abby, która jeszcze nigdy nie widziała swojej przyjaciółki tak wkurzonej, aż podskoczyła przestraszona. Raichu wiernie podreptała za swoją trenerką. Ale zanim którakolwiek z nich zdążyła opuścić salę, Whitney doskoczyła do nich jak dzika i rozłożyła szeroko ramiona, zasłaniając wyjście własnym ciałem.
– Okej, okej! Będziemy walczyć! – wykrzyczała na jednym wydechu.
– Daj już spokój, co?… – Zirytowana Nathaly wywróciła oczami, próbując odsunąć ją sobie z drogi. Tamta jednak ani drgnęła. – Serio? Teraz ci się zebrało?
– Nie no, nie wychodź, błagam. Chcę z tobą walczyć. Bardzo chcę z tobą walczyć, tylko proszę, zostań…
Whitney uczepiła się kurczowo ramienia Nathaly, jakby błagała ją o ratunek przed wściekłym Gyaradosem. Nathaly nie wiedziała, co jest grane, ale nie podobało jej się to bardzo. Spojrzała niepewnie na Abby. Abby wygięła usta w podkówkę, pokręciła sobie palcem przy skroni i zagwizdała cicho. Jakkolwiek niegrzeczny był to gest z jej strony, Nathaly była skłonna przyznać, że ma wiele racji. Whitney zachowywała się jak wariatka.
– Będziemy walczyć. Już, za chwilę. Tylko jeden telefon. Daj mi tylko zadzwonić, dobrze?
– Mówisz… serio? Czy za chwilę znowu każesz mi się wynosić?
– Serio serio. – Whitney puściła Nathaly i zaczęła nerwowo machać rękoma. – Zajmij miejsce na boisku, a ja wracam za trzy minutki. Przysięgam – To mówiąc, puściła się pędem nie wiadomo gdzie. Nathaly domyślała się jednak, że pognała po telefon.
– Jeżeli nie będzie cię tu za trzy minuty, to naprawdę sobie pójdę – zagroziła, po czym odwróciła się do Abby i znacznie ciszej zapytała: – I co o tym myślisz?
Abby jedynie wstrząsnęła drobnymi ramionami.
– Skoro już tu jesteśmy i ta świruska zdecydowała się jednak łaskawie zmienić zdanie, to może jednak zawalcz. Co ci szkodzi?
– Mam nadzieję, że nic – odparła pod nosem Nathaly. – Naprawdę mam taką nadzieję.
Whitney, jak się szybko okazało, tym razem nie zamierzała wodzić wyzywającej za nos. Stawiła się, jak obiecała, na polu walki, jednak jej dłoń bez przerwy wędrowała do kieszeni szortów, w której widocznie odznaczał się nieduży kształt telefonu komórkowego. Nathaly szybko domyśliła się, że liderka co chwilę sprawdzała, czy jej komórka nie wibruje. Jak nic, czekała na jakąś ważną wiadomość. Mało tego, ku niezadowoleniu trenerki, okazało się, że ich pojedynek będzie sędziować nie kto inny, jak Naomee. Nie było to Nathaly na rękę, bo przez ich wcześniejsze spięcia, bała się trochę, że dziewczyna może nie być tak do końca obiektywna przy wydawaniu werdyktów. Nie było jednak innego wyjścia. I liderka, i pani arbiter stały już na swoich miejscach, w pełnej gotowości do bitwy. Nathaly przełknęła ślinę, potrząsnęła lekko głową, odganiając w ten sposób wszystkie dziwne myśli, jakie jej tam zaglądały i ręką dała znak, że i ona jest już gotowa.
– Rozpoczynamy oficjalny pojedynek o Odznakę Równiny, pomiędzy liderką sali w Goldenrod, Whitney, a wyzywającą, Nathaly z Viridian City. Pojedynek składać się będzie z trzech oddzielnych rund jeden na jeden. Każda runda kończy się w momencie, kiedy jeden z Pokemonów jest niezdolny do walki, odmówi wykonywania poleceń swojego trenera, bądź z jakichkolwiek innych przyczyn nie będzie mógł kontynuować pojedynku. Zwycięzcą całego meczu zostanie ten, kto wygra przynajmniej dwie z trzech rund. Jeśli jeden z walczących wygra dwie pierwsze rundy, automatycznie zostanie ogłoszony zwycięzcą, a walka nie będzie kontynuowana. Czy wszystko jasne? – Tu Naomee spojrzała na Nathaly, która kiwnęła krótko głową, podsumowując w ten sposób cały ów przydługi wstęp. – W takim razie… walczcie!
Chorągiewki poszły w dół. Nathaly czym prędzej wyrzuciła przed siebie Pokeball, z którego, w błysku białego światła, wyłoniła się niewielka postać Woopera. Stworek podskoczył radośnie, zawołał kilka razy swoje „upa, upa!”, po czym szybko uspokoił się, widząc, jak poważna walka go czeka. Bo przecież walka o odznakę to poważna sprawa – tego zdążył się już nauczyć, pomimo tak młodego wieku.
Whitney niespiesznie sięgnęła po swój Pokeball i rzuciła go zaledwie dwa czy trzy metry przed siebie. Z kuli wyskoczył różowy stworek, nie mniej radosny od Woopera i dorównujący mu mniej więcej wielkością. Był słodki i uśmiechnięty, a jego gładkie, błyszczące ciałko przypominało kształtem pucołowatą gwiazdkę. Nathaly nie widziała nigdy wcześniej takiego malucha, więc czym prędzej użyła Pokedexu.
– Cleffa, Pokemon typu normalnego, niższa forma ewolucyjna Clefairy. Przez swój podobny do gwiazdy kształt i wzmożoną aktywność w okresach pojawiania się na niebie rojów meteorów, ludzie zaczęli kojarzyć ten gatunek z istotami pozaziemskimi, co, według współczesnych badaczy, jest jedynie pozbawionym twardych dowodów domysłem.
– To… może my zaczniemy – wymamrotała w końcu Nathaly, widząc, że jej przeciwniczka nie pali się szczególnie do walki. Schowała Pokedex i wskazała przed siebie palcem. – Dalej Wooper, rozkręćmy tę bitwę! Błotny Strzał!

***
 
Misty popchnęła nogą drzwi, które zatrzasnęły się za nią z solidnym hukiem. Nie chciała wyrywać ich z futryny, ani narobić strachu innym gościom Centrum, ale nie miała wyboru. Ręce miała zajęte. Zresztą, ramiona odmawiały jej już posłuszeństwa, bo od dobrych trzech godzin włóczyła się po sklepach, taszcząc wielgachne, ciężkie torby z „drobnymi sprawunkami”. Misty już teraz uważała swoje dzisiejsze polowanie za niezwykle udane, a przed nią była przecież jeszcze jedna nieziemska przyjemność – oglądanie swoich łupów i staranne pakowanie ich do walizki, by bezpiecznie przetrwały podróż powrotną do Kanto. Kto wie, może Nathaly i Abby zechcą jej nawet w tym pomóc? Chętnie pochwali się tym i owym, a może nawet sprezentuje Nathaly jakiś drobiazg, żeby przekonać ją do wędkowania. Właśnie, dziewczyny…
– Gdzie one są? – zapytała samą siebie Misty. Odruchowo rozglądnęła się po pomieszczeniu. Pusto, cicho… Tylko porozwalane rzeczy Abby i pranie, którego Nathaly zapewne nie zdążyła zdjąć z suszarki przed wyjściem, świadczyły o tym, że ktoś jeszcze oprócz Misty pomieszkiwał w tym pokoju.
Dziewczyna postanowiła rozejrzeć się nieco dokładniej. Rzuciła torby z zakupami na łóżko i… jest! Od razu wpadła jej w oczy odręcznie napisana kartka, którą ktoś zostawił na poduszce. Najwidoczniej dla niej, bo u góry, jak raz, wypisane było jej imię.
Misty – zaczęła czytać półgłosem, bez trudu rozpoznając charakter pisma Nathaly – idziemy do tego całego muzeum. W drodze powrotnej zajrzę jeszcze do sali, może Whitney zmieniła zdanie. Jeśli nie, wrócimy koło jedenastej. W najgorszym razie wyrobimy się do obiadu. Jeszcze raz dzięki za zrobienie prania wczoraj wieczorem. Mam nadzieję, że zakupy były udane, Nathaly.
Misty złożyła kartkę w pół i przejechała paznokciami po jej grzbiecie. No tak, mogła się spodziewać, że dziewczyny wybędą gdzieś na miasto i wrócą później niż ona. Ciekawe tylko, czy Nathaly uda się w końcu z tym pojedynkiem…
Rudowłosa liderka puknęła się lekko w czoło.
– Jasne. Zapomniałam – mruknęła niewyraźnie. Miała przecież sprawdzić, co znaczy ten artykuł dwudziesty trzeci, o którym rozmawiały wczoraj. Musiała przyznać, że sama była nawet trochę ciekawa w czym rzecz. To znaczy, przynajmniej tak długo, jak pamiętała, że miała w ogóle coś tam sprawdzić. – Zobaczmy…
Usiadła wygodnie przed komputerem i wstukała swoje dane, logując się do systemu. Pakowanie zakupów mogło poczekać. W końcu obiecała to Nathaly. Przez moment wpatrywała się beznamiętnie w ekran, na którym migało oficjalne logo Ligii Pokemon. Kiedy wreszcie strona się wczytała, Misty wybrała zakładkę opisaną jako Johto i zaczęła przesuwać tekst, szukając interesującego ją fragmentu.
– Artykuł dwadzieścia trzy. Artykuł dwadzieścia… o, jest – mamrotała sama do siebie.
Przez krótką chwilę spokojnie śledziła tekst wzrokiem, aż wreszcie zamarła. Na kilka sekund dosłownie ją sparaliżowało. Zupełnie, jakby prąd ją kopnął, albo jakby straciła czucie we wszystkich kończynach jednocześnie. Nie mogła się ruszyć, mrugnąć, nawet oddychać. Dosłownie nic. Trwało to co prawda tylko kilka sekund, ale potem wcale nie było lepiej. Kiedy pierwszy szok minął, gwałtownie nabrała powietrza z głośnym „ooo” i zerwała się z miejsca. Broda jej drżała, podobnie jak dłonie. W biegu złapała swoją podręczną torbę z Pokeballami i zarzuciła ją sobie na ramię. Wybiegła z pokoju, nie zamykając drzwi, nie wyłączając komputera. Stary, sfatygowany pecet buczał cicho, a na migającym lekko monitorze widniał tekst dwudziestego trzeciego artykułu Ligii Johto:

„Trener stwarza realne zagrożenie dla ludzi i Pokemonów. Lider sali ma obowiązek zatrzymać go, przy użyciu wszystkich dostępnych środków, aż do przybycia odpowiednich służb. Użycie przymusu bezpośredniego jest w tym wypadku uzasadnione i dopuszczalne. Zaleca się przy tym zachowanie najwyższej ostrożności.”
 
***
 
 – Magiczny Liść! – zawołała Whitney.
Nathaly zacisnęła pięści. Nareszcie! Ich walka trwała od dobrych dwudziestu minut, a Magiczny Liść był pierwszym atakiem ofensywnym, którego użyła liderka. Okej, gra na czas to też jakaś tam strategia, ale nie od początku walki. I nie przez cały czas jej trwania. W każdym razie po oficjalnej liderce Nathaly spodziewałaby się czegoś… więcej?
Chmara drobnych, błyszczących bladozielonym światłem listków zawirowała wokół Cleffy, po czym poderwała się ku górze. Różowy stworek był wykończony ciągłymi unikami i blokowaniem ataków Woopera. Nathaly przypuszczała, że Whitney zdecydowała się na ofensywę tylko dlatego, że kolejnego bloku jej podopieczna mogłaby po prostu już nie przetrzymać.
– Błotny Strzał!
Kanonada błotnych kulek wystrzeliła liściastym pociskom naprzeciw. Nathaly nie miała wielkiego wyboru. Wiedziała, że Magiczny Liść jest atakiem, który nigdy nie pudłuje. Wooper mógł jednak go skontrować, albo Bąbelkami, albo Błotnym Strzałem. Oba ataki nie były zbyt efektywne przeciw trawiastemu ruchowi. Ostatecznie Nathaly postawiła jednak na atak typu ziemnego. Liczyła, że błotne kule lepiej sobie poradzą, niż delikatne, lekkie bańki. I miała rację. Błotniste kulki, pomimo przewagi typu trawiastego, zniszczyły większość liści. Tylko dwa czy trzy trafiły Woopera. Stworek pisnął boleśnie, ale szybko pozbierał się i walczył dalej.
– Łaskotanie i Bąbelki! Już! – padło polecenie.
Wooper doskoczył do zmęczonej Cleffy i najpierw wyłaskotał ją ogonem aż do łez, a potem potraktował skoncentrowanym strumieniem baniek. To było dla wykończonego malucha zbyt wiele. Cleffa zatoczyła się na prawo, na lewo, potem znowu na prawo, aż wreszcie upadła na lewy bok, niemal przed samą Nathaly. Dziewczynie było jej trochę szkoda, ale w końcu jej upadek oznaczał zwycięstwo Woopera. I tak też brzmiał werdykt Naomee.
– Cleffa niezdolna do walki! Pierwszą rundę wygrywa wyzywająca!
Nathaly skinęła głową na Woopera, który, mimo zmęczenia, skakał radośnie na wszystkie strony, na swój sposób celebrując zwycięstwo. Zamknęła go do Pokeballa. Nie chciała niepotrzebnie przedłużać tego pojedynku. Najwidoczniej jednak Whitney nie spieszyło się aż tak bardzo, bo gdy tylko przywołała do Balla nieprzytomną Cleffę, od razu zaproponowała:
– Zróbmy sobie przerwę. Muszę doprowadzić do porządku pole walki. Nie chcę, żeby o wyniku drugiej rundy przesądziło nierówne podłoże, albo coś w tym stylu.
Nathaly była zbyt zaskoczona propozycją, by ją odrzucić. Usiadła na niedużej ławeczce pod trybunami, gdzie już czekała na nią Abby, ze swoją gadatliwą osóbką i dociekliwym usposobieniem.
– Wolno w ogóle tak przerywać walkę przez głupie widzimisię lidera?
– No… jeśli stan boiska tego wymaga, to chyba…
– Stan boiska? Naprawdę? – Abby popatrzyła na Nathaly sceptycznie. I wszystko wskazywało na to, że tym razem miała rację. Raz, że na prostym, normalnym boisku naprawdę nie było czego popsuć. A dwa, że największą szkodą pozostałą na polu walki po pierwszym pojedynku, była mokra plama w miejscu, gdzie rozbiły się bańki z chybionego ataku Woopera.
– Abby, nie pomagasz. – Nathaly pociągnęła łyk wody z plastikowej butelki, po czym schowała ją z powrotem do swojego plecaka. – Ja też widzę, że dzieje się tu coś podejrzanego, ale nie róbmy już więcej dymu, okej? Im szybciej skończę tę walkę, tym szybciej pożegnamy się z Goldenrod i całym tym wariactwem. Jeśli chce przerwy, niech ma. To parę minut już nam chyba różnicy nie zrobi.
Kiedy jednak parę minut przeciągnęło się do parunastu, a potem do parudziestu, Nathaly nie miała innego wyjścia, jak tylko upomnieć się o kolejną rundę pojedynku.
– Już, już – wymruczała z niezadowoleniem Whitney. Nerwowo wyszarpnęła z kieszeni komórkę i coś w niej sprawdziła. – Jeszcze tylko trochę… – szepnęła, dyskretnie spoglądając na Nathaly znad telefonu. Głową dała znak Naomee.
– Wybierzcie Pokemony do kolejnej rundy! – zakrzyknęła tamta.
Nathaly bez wahania złapała Pokeball Ivysaura. Od kiedy tylko ściągnęła go do Goldenrod na zawody wędkarskie, była zdecydowana, że razem zawalczą o tutejszą odznakę.
– Dawno tego nie robiliśmy – powiedziała półgłosem do Pokemona, zamkniętego jeszcze w swojej kuli.
Kiedy rzuciła Ballem przed siebie, Whitney, z pewnym ociąganiem, zrobiła to samo. Oprócz Ivysaura, na boisku pojawił się ponad metrowy, różowy stwór z czarnymi uszami i dwoma krótkimi rogami na głowie. Wyprostował się dumnie, po czym przywitał świat głośnym, ale melodyjnym buczeniem.
– Nie sprawdzisz mojego Miltanka Pokedexem? – zapytała liderka. Jej ton wyraźnie sugerował, że byłoby jej na rękę, gdyby Nathaly tak właśnie zrobiła.
– Nie, dziękuję. Widziałam już takie. – Trenerka popatrzyła na Whitney podejrzliwie. Co jest grane? Dlaczego ta dziwaczka próbuje przedłużyć ich walkę za wszelką cenę? Mniejsza o to. Jeśli Ivysaur dobrze się spisze, za góra pół godziny i tak będzie już po wszystkim.
– Runda druga, start!
Ledwie Naomee krzyknęła swoją kwestię, Nathaly wzięła się do roboty.
– Ostry Liść, już!
– Miltank, Toczenie!
Różowy stwór zwinął się niczym walec i ruszył przed siebie. Kiedy liściaste pociski Ivysaura uderzyły w ziemię, Miltanka dawno już tam nie było. Zatoczył duże koło, potem drugie, trzecie, czwarte. Przy piątym kole Nathaly zrozumiała, że czas działa na ich niekorzyść.
– Ivysaur, musisz zatrzymać Miltanka! Im dłużej się toczy, tym silniej później zaatakuje! – krzyknęła. – Dzikie Pnącze powinno pomóc!
Zielone liany wystrzeliły z pąka Ivysaura, próbując pochwycić rywala. Miltank zwinnie unikał ataku, jednak przy którejś z kolei próbie pnącza owinęły się ciasno wokół niego i zatrzymały go w biegu.
– Miltank, cała wstecz! – zakrzyknęła Whitney.
Jej podopieczna nie zastanawiała się długo. Momentalnie zaczęła wirować w przeciwnym kierunku, ciągnąc za sobą zaskoczonego Ivysaura.
– Już ja znajdę na ciebie sposób! Ziarno Pijawka, celuj w bok!
Ivysaur zrozumiał podstęp swojej trenerki. Utrafił atakiem idealnie w sam środek miltankowego walca i poluźnił Dzikie Pnącze. Miltank potoczył się przed siebie, ale tylko przez chwilę, do czasu, aż kiełkujące ziarenko nie rozparło jego zwiniętego ciała. Nie miał wyjścia, jak tylko się wyprostować. Nathaly tylko na to czekała.
– Ostry Liść, już!
Seria liściastych ostrzy posypała się w kierunku Miltanka, zadając mu poważne obrażenia. Nathaly już układała w głowie plan dalszego ataku. Wiedziała, w jakie słabe punkty celować. Wiedziała, jak uderzać, by podziałało. Wiedziała już całkiem sporo o Whitney i Miltanku, w końcu nie trenowała od wczoraj. Potrafiła po kilku ruchach Pokemona wyczytać to, czego potrzebowała. Potrafiła się dostosować i dobrać odpowiednią strategię. Potrafiła… potrafiła wiele. Szkoda tylko, że nie dane jej było tego wszystkiego wykorzystać.
– Gengar, Hipnoza!
Męski krzyk i trzaśnięcie drzwiami było ostatnim, co Nathaly usłyszała, zanim głowa zaczęła jej podejrzanie ciążyć. Świat zawirował, kolory i kształty zlały się w jedną, nieopisaną plamę, a powieki same się zamknęły.
– Nareszcie… – Niewyraźne westchnienie, chyba Whitney, przebiło się przez ostatnie fale jej świadomości.
Potem zapanowała już tylko pustka i ciemność. Niewyraźne krzyki i trzaski zdawały się już tak odstrzelone od rzeczywistości, że Nathaly nie wiedziała, czy są prawdziwe. Upadła. Poczuła to boleśnie, ale ból nie trwał długo. Wkrótce jej ciało ogarnął głęboki sen.