czwartek, 28 czerwca 2018

29. The aftershock

Heeloooł :) Pozdrawiam wszystkich, którzy wytrwale tu zaglądają, pomimo lata, wakacji i kilkumiesięcznego braku nowości. Z tej strony Nathaly - postanowiłam się przedstawić, bo nie było mnie tak długo, że niektórzy mogli już pewnie zapomnieć, czyj to blog ;) Okej, żarty na bok. Mam urlop, więc zabieram się za aktualizację bloga. Nic szczególnego - posprawdzam aktualność linków, dorzucę rozdziały do spisu treści, poprzeglądam zakładki i może... MOŻE (tu szeroki uśmiech w stronę Lusi) zdziałam coś w kierunku nowej podstrony z bohaterami. Nie wymagajcie jednak ode mnie zbyt wiele, w końcu urlop to tylko dwa tygodnie (dlaczego tak mało T^T). Btw - pamiętaliście, że 21 maja blogowi pyknęło osiem lat? Staruszek nasz kochany! Jeśli ktoś ma ochotę na pdf z oryginalnymi rozdziałami tego staruszka, opisującymi podróż Nathaly po Kanto, przypominam, że cały czas mogę udostępnić mailowo. No, to zostawiam Was z wytworem mojego wakacyjno-urlopowego szału. Niech moc (i wena!) będzie z Wami. Pa!

***

Mów. Mów wszystko, nie bój się…
Nathaly się nie bała. Na pewno nie tego, co czuła, co słyszała w swojej głowie. Po prostu zastanawiała się… Czując tę myśl, uparcie pałętającą się po jej umyśle, miała wrażenie, jakby odzyskała coś bardzo dla siebie cennego. Coś, co wydawało się, że straciła bezpowrotnie, a teraz znowu tu było. Właśnie tutaj. Z nią. Nie mogła sobie tylko przypomnieć, co to takiego.
– New Island, to ta wyspa na północy? Ta na granicy Kanto i Archipelagu Wysp Pomarańczowych? Byłaś tam, prawda? Co tam się stało?
Dziewczyna wzdrygnęła się, czując chłodne ciarki na skórze, kiedy podekscytowany głos Morty’ego wyrwał ją z zamyślenia. Ekscytacja w wykonaniu ecruteańskiego lidera wyglądała dość… dziwnie. Nathaly, w tajemnicy przed rodzicami, oglądała kiedyś, dosyć dawno temu, film o psychopacie, który robił dziwne rzeczy małym, niewinnym Pokemonom. Patrząc na wyraz twarzy Morty’ego, który niebezpiecznie przypominał jej wyraz twarzy tamtego wariata z telewizji, zaczynała rozumieć, dlaczego takie filmy mają ograniczenia wiekowe. Żałowała, że nie da się wyłączyć niektórych prawdziwych sytuacji tak, jak wyłącza się telewizor. Gdyby się dało, Nathaly z pewnością zmieniłaby w tej chwili kanał.
Nie bój się. Powiedz. On chce dobrze.
No dobrze, skoro ta dziwna… obecność tego chciała…
Nathaly zrobiła głębszy wdech i uspokoiwszy nieco nerwy, które ostatnio zdecydowanie zbyt często wystawiane były na próbę, odpowiedziała cicho:
– Tak. Tak, byłam tam. To było z rok temu, może nawet niecały. Zabrał nas tam znajomy, od tak, na wycieczkę. Mieliśmy oglądać malowidła na ścianach jednej z tamtejszych jaskiń. Wydawało nam się, że to opustoszała wyspa. Ale… okazało się, że wcale nie jest taka pusta i spokojna, jak myśleliśmy. Kiedyś, nie wiem dokładnie kiedy, ale chyba już ładnych kilka lat wstecz, Team Rocket przeprowadzał tam eksperymenty genetyczne na Pokemonach. Prowadził jakieś prace, chyba nad klonowaniem, dokładnie nie wiem.
– Więc jednak Team Rocket. Czułem, że mają z tym coś wspólnego. Zresztą, kto inny mógłby być tak podły? – Morty zamyślił się, siadając za biurkiem i opierając twarz o splecione dłonie.
Nathaly mówiła dalej.
– Mieliśmy pecha. Znaleźliśmy się na wyspie w bardzo nieodpowiednim momencie. Akurat wtedy, kiedy Team Rocket sobie o niej przypomniał i postanowił wrócić po wyniki swoich dawnych badań.
– Te wyniki?... – Mężczyzna wtrącił się, kiedy Nathaly zrobiła wymowną pauzę. – Na wyspie coś było? Coś cennego?
– Cennego i potężnego. Podobno tamten eksperyment zakończył się sukcesem. To znaczy, nie do końca nazwałabym to sukcesem, bo ostatecznie Rocketsi stracili kontrolę nad swoim laboratorium i musieli wynieść się z wyspy. Ale to, co ich stamtąd wykurzyło… To, co stworzyli…
– Ty to widziałaś… – Małe oczy Morty’ego wydały się Nathaly o wiele większe, kiedy wyczekująco wbił w jej twarz ich przejmującą pustkę. – Nazwij to. Powiedz to w końcu! Co tam spotkałaś?
– To… to był Pokemon. Nie, w sumie nie. Miał w sobie geny Pokemona, ale i człowieka. I wcale, wcale nie prosił się na ten świat. Był wściekły, że go stworzyli. Był mądry, potężny… niepokonany. Nazwali go Mewtwo.
Morty zerwał się nagle z krzesła i zaczął nerwowo chodzić po gabinecie Whitney. Nathaly próbowała wodzić za nim wzrokiem, ale szybko zrezygnowała, kiedy poczuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie. Widać hipnoza Gengara nie puściła jeszcze tak do końca. Wzięła kilka głębokich oddechów, prostując się w fotelu. Czuła, że jeśli za chwilę stąd nie wyjdzie, zasłabnie. Albo, co gorsze, zwymiotuje.
– To musi być on. To na pewno Pierwszy z przepowiedni – mruczał pod nosem Morty, krocząc w tę i z powrotem po puszystym dywanie, brudząc jego biel swoimi ciężkimi butami. Nagle doskoczył do Nathaly, zaciskając jej dłonie na ramionach i potrząsnął nią lekko. – Co się z nim stało? Gdzie jest teraz ten… Mewtwo.
– Nie wiem. To znaczy… um… czy mógłbyś?... – wydukała dziewczyna z niemałym trudem.
Morty stał nad nią, tak blisko, że czuła się bardziej niż niezręcznie. Było jej słabo, była przestraszona i wykończona.  Czuła, jak szczupłe palce lidera zaciskają się na jej skórze. To nie było przyjemne.
– Nathaly, to nie jest zabawa. Mistrz Kurt zniknął. Porwano człowieka. A wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek kłopotów, które czekają Johto w najbliższym czasie. Skup się więc teraz i przypomnij sobie, co się z nim stało. Gdzie jest Mewtwo?
Trenerka zmarszczyła czoło, walcząc z ćmiącym bólem głowy i skupiła myśli. Niezbyt co prawda kojarzyła, kim był ów nieszczęsny Kurt, którego najwidoczniej porwano. Za to co stało się z Mewtwo pamiętała doskonale. Poskładała myśli i przymknęła oczy, wracając do bolesnych wspomnień… 

***

– Wyjaśnij mi to – powiedziała Nathaly, cicho, ale odważnie. Rozumiała, że po tym, co dziś przeszła, nie ma sensu już bać się niczego. – Chcę, żebyś mi to wszystko wyjaśnił.
Mewtwo podniósł lekko głowę i popatrzył na nią w zamyśleniu.
– Czy wy, ludzie, potraficie wyobrażać sobie różne rzeczy? – zapytał bez przekonania, a kiedy trenerka skinęła głową, pytał dalej: – Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak czuje się ktoś, kto umiera, choć bardzo tego nie chce?
– Widziałam dziś, jak ginie człowiek i widziałam, jak ginie Pokemon. Sama omal nie zginęłam. Jeśli kiedykolwiek potrafiłam to sobie wyobrazić, to na pewno nie lepiej, niż w tej chwili.
Mewtwo zamilkł na kilka sekund, przez które i jego i Nathaly ogarnęła dziwna świadomość tego, że oto właśnie ze sobą rozmawiają. Nie walczą, nie grożą sobie nawzajem. Po prostu rozmawiają.
– Myślisz pewnie, że nie ma nic gorszego, prawda? A czy ktokolwiek pomyślał kiedyś, jak czuje się ktoś, kto nie chciał się narodzić?
– To niemożliwe – dziewczyna zaprzeczyła szybkim ruchem głowy. – Najpierw trzeba się urodzić, dopiero potem można czegoś chcieć, albo nie chcieć.
– Dla ciebie tak jest, bo jesteś człowiekiem – odparł stwór, po czym wskazał na leżącą kawałek dalej Raichu. – Dla niej tak jest, bo jest Pokemonem. Ja jestem czymś pomiędzy. Mutantem, który nigdy nie chciał i nie powinien był się narodzić. Team Rocket stworzył mnie wbrew mojej woli. Jestem czymś sztucznym, co nie pasuje do tego świata. Nie ma tu dla mnie miejsca.
– Dla każdego jest...
– Nie dla mnie – przerwał dziewczynie Mewtwo. – Chcesz, żebym ci wszystko wyjaśnił? Dobrze. Wyjaśnię ci, dlaczego tak chciałem niszczyć i zabijać. Z zazdrości.
Nathaly popatrzyła na niego kompletnie zaskoczona.
– Jak to z zazdrości?
– Kiedy patrzyłem, jak z człowieka ucieka życie, tak bardzo mu zazdrościłem. Niczego nie pragnąłem bardziej, jak tylko znaleźć się na jego miejscu i mieć tą przecudną świadomość, że za chwilę będę mógł tak po prostu przestać istnieć. Ale przeklęty Team Rocket i jego naukowcy uczynili mnie tak silnym, że nikt nie był w stanie dać mi tego, czego chciałem. Cały czas czekałem więc i miałem nadzieję na jedno, że kiedyś w końcu spotkam tego, bez którego nie zostałbym stworzony, że spotkam Mew. Bo jeśli ktokolwiek byłby w stanie pokonać kopię, to tylko oryginał. A kiedy Mew wreszcie się pojawił, to ja zniszczyłem jego. Krzyczałaś, że to moja wina. Wiem o tym doskonale. I będę żył z tą świadomością do końca swoich dni, który, jak się obawiam, nie przyjdzie prędko.
– Więc ty... nie chciałeś tego zrobić? - zapytała cicho i niepewnie Nathaly, która zaczynała czuć, że trochę nawet rozumie nieszczęście Pokemona.
– Jedyne czego chciałem, to uwolnić się od ciężaru istnienia – przyznał Mewtwo, przenosząc wzrok na leżącą przed nim skałę. – Jest we mnie Pokemon, jest też człowiek. Pierwsza część mnie każe mi budować, być dobrym i radosnym. Ale ta druga... to przez nią jestem, jaki jestem. I przez nią myślałem, że wszyscy ludzie tacy są, że chcą tylko niszczyć i zabijać. Ale teraz zrozumiałem, że ta dobra część jest dobra, bo pochodzi od Mew. Ludzka część pochodzi od złego człowieka i właśnie tym Team Rocket skrzywdził mnie najbardziej. Gdyby tylko dali mi geny kogoś innego. Może wtedy znalazłbym dla siebie miejsce w waszym świecie.
Nathaly popatrzyła na stwora ze współczuciem, co zaskoczyło nawet ją samą. Ta bestia próbowała zabić jej przyjaciół, ją, torturowała Raichu i doprowadziła do nieszczęścia, jakie spotkało Mew, a jednak dziewczyna potrafiła się ulitować. Wtedy Nathaly uśmiechnęła się lekko i zrozumiała wszystko. Zrozumiała, dlaczego Mew sprowadził ją na wyspę i dlaczego uratował jej życie.
– On to zrobił dla ciebie – powiedziała szeptem, jakby chciała przekonać najpierw samą siebie, po czym powtórzyła głośniej: – Mew zrobił to wszystko dla ciebie. Nie wiem jak to jest wśród Pokemonów, ale patrząc na to z ludzkiego punktu widzenia, Mew był jakby twoim starszym bratem. Widział jak cierpisz i chciał, żeby ktoś wreszcie ci pomógł. Dlatego ja to zrobię.
Nathaly sięgnęła do jednej z kieszeni swojego plecaka i wyjęła z niej nietypowy Pokeball. Był to Master Ball, który kiedyś dostała w prezencie od Sama. Powiększyła kulę i wyciągnęła ją w kierunku Mewtwo.
– Tutaj będziesz bezpieczny od świata, a świat będzie bezpieczny od ciebie.
Stwór popatrzył na nią przez dłuższą chwilę, po czym powoli, ale zdecydowanie, skinął głową. Jednak kiedy Nathaly zbliżyła do niego rękę z Ballem, chwycił ją dużą łapą za nadgarstek i zatrzymał w pół drogi.
– Zanim to zrobisz – powiedział, a jego głos zabrzmiał w głowie dziewczyny tak spokojnie, jak jeszcze nigdy do tej pory – mogę sprawić, że zapomnisz o wszystkim. Myślę, że tak będzie łatwiej.
Trenerka pewnie pokręciła głową.
– Łatwiej nie zawsze znaczy lepiej – stwierdziła. – Powinnam pamiętać. Chcę pamiętać. Mew zrobił zbyt wiele dla mnie i dla ciebie, żebyśmy tak po prostu o tym zapomnieli.
– Ja nie zapomnę. – Mewtwo po raz drugi kiwnął głową i zwolnił uścisk.

***

– Więc złapałaś go? Pierwszego? – dopytywał Morty zamyślonym głosem, po tym, jak Nathaly opowiedziała mu całą historię.
– Nie chodziło mi o to, żeby go złapać. Po prostu chciałam, aby Mewtwo odnalazł spokój.
– Rozumiem. I co? Udało mu się?
– Mam nadzieję, że tak.
– Jak to, masz nadzieję? – Morty ściągnął groźnie brwi, nie kryjąc zniecierpliwienia.
– Nie wiem, co się z nim dalej stało. Kiedy było już po wszystkim, wyrzuciłam Master Ball do oceanu. Liczyłam, że tam będzie bezpieczny.
Mężczyzna odetchnął ciężko i ukrył twarz w dłoniach, przecierając ją kilka razy. Nathaly patrzyła na niego niepewnie. Byłaby wdzięczna, gdyby ich rozmowa wreszcie dobiegła końca. I tak resztkami sił utrzymywała na wodzy swój szalejący żołądek. Czuła, że nie wytrzyma już długo.
– Czy mogłabym już sobie pójść? Naprawdę kiepsko się czuję.
– Jeszcze nie – odparł twardo Morty. Cóż, przynajmniej próbowała… – Kto o tym wszystkim wiedział? O tym, co zrobiłaś z Pokeballem?
– Nikt. Nie powiedziałam nikomu. Nawet moim przyjaciołom. Kiedy pytali mnie o Mewtwo, mówiłam tylko, że zniknął i nie widziałam go już nigdy więcej. Uznałam, że tak będzie lepiej dla niego… dla wszystkich.
– A jednak jakoś go znaleźli. Jak im się to udało? Skąd wiedzieli? Skąd Team Rocket wiedział, gdzie szukać Pierwszego?
Morty po raz kolejny zaczął zbliżać się do Nathaly, która znów poczuła, że świat zaczyna powoli wirować.
– Nie wiem. Ja… ja nie mam pojęcia. Morty, proszę, czy mógłbyś mnie wypuścić. Naprawdę nic nie wiem… Kręci mi się w głowie. To chyba przez tę hipnozę. Jeśli mnie nie wypuścisz, ja zaraz…
Wtem coś trafiło ją, niczym grom z jasnego nieba. Zerwała się z fotela, chwiejąc się niebezpiecznie na boki i całą siłą woli przezwyciężając okropne uczucie, że zaraz zwymiotuje. Jej zielone oczy zrobiły się tak wielkie, jakby zobaczyła zjawę. Przez chwilę stała chwiejnie, oddychając ciężko i szybko, aż wreszcie runęła w bok. Morty złapał ją w ostatniej chwili, ratując przed upadkiem na podłogę.
– Nathaly? Jasna cholera, Nathaly?! – klął pod nosem, próbując przywrócić jej przytomność.
Dziewczyna zrobiła się tak wiotka, że trudno było mu utrzymać ją w ramionach. Chwilę potem jej powieki uchyliły się nieznacznie, a Morty odetchnął z ulgą. Prawda, zależało mu na uzyskaniu jak najwięcej informacji, ale Arceus mu świadkiem, że nie zamierzał robić tego kosztem jej zdrowia. Szkoda tylko, że Nathaly o tym nie wiedziała…
– Już wiem – powiedziała słabo, kiedy mężczyzna ułożył ją bokiem na miękkim dywanie. – Nie czułam się tak źle od kiedy nocowaliśmy w Marigold. Już chyba wiem…
– W porządku, odpocznij. Porozmawiamy później – powiedział spokojnie Morty. Widać zrozumiał, że i tak przeciągnął już strunę. – Szlag by to. Gdybym wiedział, że aż tak źle zniesiesz hipnozę…
– Nie, ty nie rozumiesz – przerwała mu dziewczyna. – Jakiś czas temu byliśmy w Marigold na pokazach. Nocowaliśmy tam. W dniu konkursu, kiedy się obudziłam, bardzo źle się czułam. Może nie aż tak źle, jak teraz, ale… tak, prawie tak samo. Myślałam, że po prostu zaszkodziła mi kolacja, ale… Ten sen. Śnił mi się Mewtwo. To, jak zamykam go w Master Ballu, jak wrzucam Ball do oceanu. Strasznie się tej nocy umęczyłam, a rano… Morty, czy to możliwe, żeby ktoś zrobił mi to samo, co ty i Gengar zrobiliście mi dzisiaj? Czy można kogoś zahipnotyzować w czasie snu?
Morty zacisnął usta w wąską linię i zmarszczył brwi. Gwałtownym ruchem wyprostował się znad Nathaly i ze złością trzasnął pięścią w biurko Whitney, tak mocno, że wszystko na blacie aż podskoczyło, a głowa porcelanowego shiny Vulpixa rozbujała się na dobre.
– Zjadacz Snów – wykrzyknął z ogromną złością. – Jak mogłem być taki głupi?! Jak mogłem się nie domyślić? Nie musiałaś nikomu o niczym mówić. Oni wykradli ci to z głowy. Tak po prostu. Te ohydne, plugawe…
Morty zamilkł, zacisnąwszy zęby, chcąc oszczędzić wykończonej Nathaly wysłuchiwania jego dalszych przekleństw. Widać było, że gniew dosłownie roznosił go od środka. Jeszcze kilka razy uderzył pięścią w blat, przynajmniej w ten sposób próbując dać upust swojej wściekłości. Podejrzany hałas ściągnął do gabinetu oficer Jenny, która wpadła do środka, niemal wywarzając drzwi i obrzuciła lidera surowym spojrzeniem.
– Co tu się… Morty! Dlaczego ona znów leży na podłodze?!
– Nathaly źle się poczuła. Zabierzcie ją do siostry Joy. Powinna porządnie odpocząć – powiedział, starając się skupieniem na twarzy zamaskować puszczające nerwy. – Ja muszę pomyśleć.
To rzekłszy, Morty wyszedł z gabinetu zamaszystym krokiem, zostawiając za sobą i Nathaly i kompletnie skołowaną jego zachowaniem policjantkę. 

***

– Trzymaj się, Nathaly – powiedziała ciepło Misty, z całej siły ściskając przyjaciółkę na pożegnanie. – Nie daj się wkręcić już w żadne takie akcje, jak ta z wczoraj. A w razie gdyby ktoś jeszcze straszył cię ligowymi artykułami, od razu do mnie dzwoń, dobrze?
– Dobrze. – Nathaly pokornie skinęła głową. Dopiero teraz, jak nigdy wcześniej, potrafiła docenić to, że ma tak oddanych przyjaciół w środowisku liderów. Musiała przyznać, że może to ułatwić w życiu parę spraw.
– I… jeśli miałabym ci jeszcze coś doradzić – wyszeptała Misty, przybliżając usta do ucha przyjaciółki – lepiej nie spoufalaj się za bardzo z tym całym Mortym. Może i jest liderem, ale patrzy na ciebie jak na kawał mięsa armatniego. Nie wiem… może i chce dobrze, ale na wszelki wypadek lepiej trzymaj go na dystans. Obiecaj mi to. Obiecujesz?
– Zgoda.
– No, to ja już lecę. Pociąg nie Snorlax, nie zaśpi. Pa!
Dziewczyny objęły się raz jeszcze, po czym Misty szybkim krokiem pognała chodnikiem w stronę dworca.
Nathaly zaciskała dłonie na metalowej poręczy i jeszcze przez parę minut słuchała, jak kółka przy walizce młodej liderki skaczą i furkocą na płytkach nierównego deptaka, który ciągnął się wzdłuż, tuż pod oknami goldenrodzkiego Centrum Pokemon. Dziś czuła się już o niebo lepiej, niż poprzedniego dnia. Przyszła tu sama, chcąc na spokojnie pożegnać się z Misty. Abby i Raichu jeszcze odsypiały wczorajsze zamieszanie, a Ivysaura zdążyła już odesłać do Viridian. Zresztą zrobiła to od razu, kiedy tylko trawiasty stworek poczuł się lepiej po wczorajszej walce. Wolała, aby do reszty ochłonął w domu, niż żeby dalej siedział w tym pechowym mieście. Nathaly już nie raz miała okazję przekonać się na własnej skórze, że towarzystwo Venusaura jej taty i wiekowych drzew viridiańskiego lasu potrafi zdziałać cuda, jeśli chodzi o uspakajanie szalejących emocji.
Już miała wracać do pokoju, żeby wyciągnąć Abby z łóżka, ale coś, a raczej ktoś, przykuł jej uwagę. Po drugiej stronie deptaka stał ten sam młody chłopak z podkrążonymi oczami, którego pamiętała z poprzedniego dnia. Był w sali Whitney, kiedy Nathaly wybudziła się z hipnozy. Zapamiętała go dobrze, sama nie wiedziała dlaczego. Pewnie dlatego, że wyglądał tak smutno... Teraz zresztą też daleko mu było do radości. Stał bez ruchu, opierając się o barierki po przeciwnej stronie i patrzył na nią. Tak po prostu. Nie ze złością, nie z zainteresowaniem. Trochę bez wyrazu, albo jakby o czymś myślał, ale nie zagłębiał się w te myśli na tyle, żeby zupełnie odlecieć.
Nathaly długą chwilę zastanawiała się, co powinna zrobić. Pójść sobie? Zignorować chłopaka i zwyczajnie ruszyć w swoją stronę? A może jednak podejść? W końcu namyśliła się i podeszła. Znowu ciekawość wzięła nad nią górę.
Chłopak nie przejął się szczególnie tym, że Nathaly stanęła tuż obok niego, opierając przedramiona o chłodny metal barierki. Nawet nie odwrócił się w jej stronę. Prychnął jedynie przez nos i pokręcił głową tak lekko, że dziewczyna prawie tego nie zauważyła.
– Więc to nie twoja wina – powiedział cicho.
– Proszę?
– Morty od samego początku wmawiał nam, że ten cały bajzel zacznie się przez ciebie, że to ty zrobisz coś strasznego, przez co wszystko zacznie się sypać. Kazał cię szukać, sam cię szukał, licząc, że jeśli cię znajdziemy, uda się to wszystko powstrzymać A teraz co? Okazuje się, że wiesz niewiele więcej niż my. Po prostu ktoś włamał ci się do głowy. Nie bierz tego do siebie, ale wolałbym, żeby to jednak była twoja wina. Może poczułbym się lepiej, gdybym wreszcie miał kogo winić. – Chłopak zamilkł na chwilę, nadal jednak nie spojrzał w stronę Nathaly. Zupełnie, jakby wcześniej dość już się napatrzył i teraz nie miał już takiej potrzeby. – Tak przy okazji, jestem Bugsy.
– Bugsy? Ten z Azalea Town? – dziewczyna od razu skojarzyła oryginalne imię z owadzim liderem, którego nie miała okazji spotkać w jego rodzinnym mieście.
Przypomniała sobie, że ponoć chłopak wtedy chorował. Faktycznie, nie wyglądał najlepiej, ale czy aby na pewno sińce pod oczami były efektem przebytej niedawno choroby? Wyglądały jej bardziej na oznakę przemęczenia i strapienia, ale mogła się mylić.
– Ten z Azalea. – Bugsy potwierdził jej słowa.
Nathaly przez kilka sekund zastanawiała się, co odpowiedzieć. Zupełnie nie tak wyobrażała sobie uwielbianego przez Azalejczyków młodego lidera, z którym niedane było jej się zmierzyć. Ale czy jej wyobrażenia naprawdę miały w tej chwili jakieś znaczenie?
– Mam twoją odznakę – powiedziała wreszcie. Chciała powiedzieć cokolwiek, byle tylko przerwać tę palącą ciszę.
– Domyślam się. Trenerka. Zwyczajna trenerka. A my zmarnowaliśmy tyle czasu, żeby cię wytropić. Przez ten czas, te parszywe mendy mogły już dawno…
Bugsy ukrył twarz w dłoniach, milknąc w pół zdania. Zaczął oddychać nienaturalnie ciężko. Tak ciężko, że Nathaly przestraszyła się, że faktycznie coś mu dolega.
– Wszystko w porządku? – zapytała zaniepokojona, pochylając się lekko nad młodym liderem.
Tamten wyprostował się i popatrzył w dal, na sunące po ulicach Goldenrod samochody.
– Nie. Już dawno nie było w porządku. Szczerze mówiąc, ledwie pamiętam, kiedy ostatnio tak było.
– Mogę ci jakoś pomóc? – spytała dziewczyna. Zrobiło jej się szkoda tego biedaka.
– Te gnoje zabrały mojego przyjaciela. Miałem nadzieję, że jeśli cię w końcu znajdziemy, to dowiemy się, dokąd mogli go zabrać. Dowiemy się… czegokolwiek. Ale skoro to wszystko jednak nie twoja wina, to nie wydaje mi się, żebyś mogła mi pomóc w jakikolwiek sposób. Chyba że…
– Że? – Nathaly od razu uczepiła się cienia nadziei, który pojawił się razem z tym jednym, krótkim słowem. Naprawdę chciała pomóc. Naprawdę.
– Jesteś trenerką, tak? Masz może przy sobie jakieś owadzie Pokemony? Wiesz, myślenie o nich mnie uspakaja. To taki mój mały bzik. Podobno każdy jakiegoś ma, prawda?
– Cóż… mam co prawda Butterfree, ale teraz trenuje na Wyspach Pomarańczowych z moimi przyjaciółmi – przyznała dziewczyna zgodnie z prawdą. Jej myśli mimowolnie odpłynęły w stronę radosnego motyla, którego nie widziała już ładnych parę miesięcy. Ciekawe jak mu się podoba pod opieką Sandy?
Bugsy odetchnął cicho, jakby nieco lżej niż do tej pory, a kąciki jego ust drgnęły nieznacznie, próbując poderwać się ku górze. Dalekie to było od uśmiechu, ale przynajmniej chłopak nie wyglądał już aż tak mizernie.
– Ach, Butterfree, cudowny Pokemon. Też miałem ich kilka. Teraz wszystkie wypuściłem już na wolność, ale na pewno jeszcze ewoluuję któregoś z moich Caterpie. Szkoda, że nie mogę zobaczyć twojego okazu. Jestem pewien, że jest wspaniały.
– Tak – zgodziła się Nathaly. – No i oprócz tego jest jeszcze… – ugryzła się w język dosłownie w ostatniej chwili.
Nie była przekonana, czy to dobry pomysł, żeby wspominać teraz o Scizorze, którego przecież też miała pod swoją opieką. Choć to chyba za dużo powiedziane, żeby miała Scizora pod opieką. Po prostu nosiła ze sobą jego Pokeball i ze wszystkich sił modliła się, żeby tylko nie trzeba było wypuszczać tej wściekłej, czerwonej bestii, która jakiś czas temu niemal nie posiekała jej na kawałki. Tak, Nathaly nie miała złudzeń. Bała się Scizora tak bardzo, że nie potrafiła nawet wyobrazić sobie bycia jego trenerką. Ale z jakiegoś powodu jednak postanowiła zabrać go ze sobą. Zrobiła to, bo nie potrafiła inaczej. Wiedziała, z czym wiązałaby się jej odmowa i… nie, po prostu nie potrafiła.
– Zresztą, wiesz co? Chodź ze mną, coś ci pokażę – powiedziała, skinąwszy na Bugsy’ego dłonią.
I tak musiała zanieść Scizora siostrze Joy, w końcu zobowiązana była zgłaszać go do kontroli w każdym Centrum Pokemon, w którym rejestrowała się na swoją kartę trenerską. Dlaczego nie miałaby przy okazji pozwolić Bugsy’emu na niego popatrzeć? Dwie pieczenie przy jednym ogniu – pomyślała i ignorując zimne dreszcze, które przebiegły po jej karku na samo wspomnienie agresywnego stwora, ruszyła przodem do budynku Centrum.
 
***

– Generale?
Jeden z podwładnych uchylił lekko drzwi. Przyjemna, chłodna fala powietrza, rozsiewana przez działający wewnątrz wiatrak, owionęła jego twarz.
– Wejść – zagrzmiał siedzący przy biurku mężczyzna, odwracając się przez ramię w swoim krześle. Wyprostował się, stawiając na podłodze obutą w ciężkiego trapera stopę, którą do tej pory trzymał wygodnie na kolanie, przeglądając jeden z zeszłotygodniowych raportów. – Co dla mnie macie?
– Melduję, że sprawdziliśmy to miejsce w górach – powiedział młody mężczyzna, zamykając za sobą drzwi i stając na baczność kilka kroków przed swoim przełożonym. Nerwowym ruchem poprawił szarą teczkę, którą przyniósł pod pachą.
– To, w którym wczoraj zanotowano podejrzaną aktywność członków Team Rocket? – zapytał generał, wracając do pobieżnego przeglądania raportu, a jego podwładny tylko skinął głową na potwierdzenie tych słów. – To świetnie. I co? Mamy coś nowego?
– Nie znaleźliśmy co prawda żadnych śladów wskazujących na to, że Team Rocket faktycznie coś tam kombinował, ale mamy świadka…
– Świadka? To doskonale! Nawet jeszcze lepiej – ucieszył się generał. – Kto to taki?
– Niejaki Isaac Oishima, naukowiec. Sprawdziliśmy go, tożsamość się zgadza. Pracuje w Regionalnym Instytucie Archeologii i Badań Antycznych w Goldenrod City. Znaleźliśmy go nieprzytomnego między skałami. Był w bardzo kiepskim stanie. Dopiero dziś nad ranem odzyskał przytomność. Przesłuchaliśmy go na tyle, na ile jego stan nam pozwalał.
– Rozumiem, że powiedział wam coś ciekawego?
– Tak… – Młody mężczyzna zawahał się nieco, jakby to, co zamierzał za chwilę powiedzieć, nie było najlepszą wiadomością. – Doktor Oishima twierdzi, że wyruszył w góry, by odnaleźć swoją koleżankę z instytutu, która zaginęła podczas prowadzenia badań na tamtym obszarze. Kiedy jednak rozbił obóz, żeby przenocować, zaatakowała go grupa zamaskowanych mężczyzn. Niewiele mógł nam o nich powiedzieć, ale jednemu zdołał się przyjrzeć. Na bazie jego zeznań sporządziliśmy portret pamięciowy tamtego typa i… – odchrząknął sugestywnie, bez przekonania podając przełożonemu teczkę. – Lepiej będzie, jeżeli sam rzuci pan na to okiem, generale.
Teczka otworzyła się z cichym szelestem rozchylanej, tekturowej okładki, a ciężki wzrok generała spoczął na umieszczonym wewnątrz rysunku.
– Nie wierzę… Co ten chłopak najlepszego wyprawia? – warknął surowo mężczyzna,
Szybkim ruchem zamknął teczkę i rzucił ją niedbale na blat. Potem złapał słuchawkę wysłużonego telefonu, który stał niemal tuż przed nim, wdusił dwa czy trzy przyciski na klawiaturze i zawołał twardo: – Tu generał Joseph Smith, przyślijcie mi helikopter. Natychmiast! Mam z kimś do pogadania – dokończył nieco ciszej, nerwowo odkładając słuchawkę na swoje miejsce.

***
 
Bugsy stał z czołem przyklejonym do szyby i spoglądał do wnętrza szpitalnej sali, gdzie w sterylnym otoczeniu leków i aparatury medycznej, leżał wielki, czerwony owad. Scizor oddychał spokojnie, miarowo, pancerz na jego klatce piersiowej unosił się i opadał ledwie widocznie. Stojąca u boku Bugsy’ego Nathaly również patrzyła przez szkło, w myślach dziękując wynalazcy środków uspokajających dla Pokemonów. Dlaczego Scizor zawsze nie może być tak spokojny?
– Piękny – mruknął pod nosem Bugsy, wzdychając z zachwytu nad śpiącym Pokemonem. – Dlaczego za każdym razem musisz oddawać go do kontroli? Czy Scizor na coś choruje?
– Nie, to nie tak. – Nathaly odwróciła się i oparła plecami o szklaną ścianę. – On jest… Jak by to powiedzieć, ma kłopoty z agresją. Nie kontroluje się. Ja nie potrafię go kontrolować. Zresztą… chyba nawet nie odważyłabym się spróbować.
– Hmm… nie obraź się, ale dlaczego trzymasz w drużynie Pokemona, którego się boisz? – zapytał Bugsy.
Nathaly początkowo nie chciała odpowiadać na to jakże niewygodne dla niej pytanie, ale w oczach młodego lidera wyczytała, że nie miał na myśli nic złego. Po prostu chciał pomóc. Zupełnie tak, jak wcześniej ona chciała pomóc Bugsy’emu.
– Wiesz, ja… nie lubię o tym mówić, ale sytuacja Scizora nie wygląda zbyt ciekawie. Musiałam go wziąć. Gdybym go nie wzięła… No, po prostu policja i właściciele Parku Narodowego, w którym go złapałam, uznali, że Scizor stwarza zbyt duże zagrożenie dla otoczenia i jeśli ja nie zdecyduję się go zatrzymać, to musi zostać przeznaczony do likwidacji.
– Do likwidacji? Jak to? – Przejęty wzrok Bugsy’ego utkwił w strapionej twarzy Nathaly.
– To znaczy, że Scizor… zostałby uśpiony. Dlatego nie mogłam go zostawić. Rozumiesz?
Bugsy zdążył zaledwie skinąć głową, zanim zaczęło się nowe zamieszanie. Kolejne tego dnia, a które w tym tygodniu – nad tym Nathaly nawet nie zamierzała się zastanawiać.
Zaczęło się niewinnie. Gdzieś z końca korytarza dobiegły do nich głosy dwóch rozmawiających kobiet, które w jednej chwili zagłuszył nieprzyjemny dla uszu dźwięk tłuczonego szkła. Nathaly i Bugsy momentalnie rzucili się na ziemię, a ułamek sekundy później rozmazany, czerwony kształt przemknął z zawrotną prędkością nad ich głowami. Siostra Joy i oficer Jenny, które akurat przechodziły obok, rozmawiając, momentalnie przylgnęły do ściany korytarza, cudem unikając stratowania przez pędzącego na oślep Scizora.
– Wielkie nieba! Co się stało? – zapytała pielęgniarka, cała w nerwach.
Pani Coldfire odruchowo poprawiła swój brązowy kaszkiet i podbiegła do dwójki nastolatków. Nathaly podniosła głowę, otrzepując się z kawałków roztrzaskanego szkła i w panice popatrzyła na znajomą policjantkę.
– To Scizor – wyrzuciła z siebie, oddychając ciężko. – Uciekł. Chyba leki uspokajające przestały działać.
– Leki? – Siostra Joy popatrzyła na nią, nieco skołowana. – Jakie leki? Nic mu nie podawałam. Leżał tak spokojnie…
– Czyli, że Scizor nie spał? O nie, Bugsy, on to wszystko słyszał. Słyszał wszystko to, co ci opowiadałam. Dlatego tak zareagował. Wiedziałam, że tak będzie. Muszę go znaleźć!
Nathaly, jakkolwiek przestraszona by nie była, chciała czym prędzej ruszyć na poszukiwanie Pokemona. I pobiegłaby pewnie, gdyby nie oficer Jenny, która w ostatniej chwili złapała ją za ramię.
– Stój, dokąd pędzisz? – rzuciła twardo. – Poczekaj, aż Scizor trochę ochłonie. Teraz mógłby zrobić ci krzywdę, albo…
– Pani nic nie rozumie, pani Coldfire – przerwała jej dziewczyna, kręcąc w panice głową. – Mój Scizor jest zaczipowany.
– Jasny szlag by to… Jedziemy! – ryknęła ostro Jenny, nie puszczając nawet ramienia Nathaly, tylko ciągnąc ją prędko za sobą.