wtorek, 4 lipca 2017

24. The answer hunters

                Witajcie tego pięknego, mroźnego lata - tak, tak, ja jak do tej pory częściej marznę, niż się wygrzewam. Jako że są wakacje, to i mnie udało się coś skrobnąć (chociaż, tak na ścisłość, zostało mi już tylko kilka dni urlopu, więc pora najwyższa!). Krótko: w najbliższym czasie trochę mi się w życiu pozmienia, ale częstotliwość dodawania notek i tak jest taka porażająca, więc pewnie nie odczujecie większej różnicy ;) Co nie zmienia faktu, że przez najbliższy miesiąc/dwa/trzy(!) raczej nie zbiorę się do sklecenia czegoś konkretnego. Chyba, że ruszymy z Maną leniwe tyłki i dokończymy wreszcie zeszłoroczny wakacyjny specjal ;D A tymczasem zajmę się odwiedzinami u Was, bo widzę, że się dziej, no i swoimi pozablogowymi sprawami. Także bez nerwów, kiedyś kolejny rozdział nastąpi. A tymczasem...
                Pozdrówki! :)
___________________________________________________________

                Nathaly siedziała w wiklinowym fotelu, z podkulonymi pod brodę kolanami, przykryta niewielkim kocem, na tyle cienkim i praktycznym, że w podróży nosiła go zawsze ze sobą na dnie plecaka. Choć lato ciągle trwało, ten poranek wydawał jej się wyjątkowo chłodny. Co więcej, taras przy domu Quentina wychodził na zachód, więc o tak wczesnej porze, kiedy słońce dopiero co pojawiło się nad horyzontem, praktycznie cały leżał w cieniu budynku, co jeszcze bardziej potęgowało odczucie chłodu.
                – Ranny z ciebie ptaszek.
                Nathaly odwróciła się nieznacznie, słysząc za sobą niski i dźwięczny męski głos.
                – Nie chcę przespać najlepszych lat życia. Dzięki. – Z chęcią przyjęła kubek zielonej herbaty, który Quentin wyciągnął w jej stronę. Nie mogła nadziwić się, jak dobrze Tino radzi sobie z codziennymi sprawami. Ona sama nigdy w życiu nie zaparzyłaby herbaty, gdyby nie widziała, co robi. – Jak ty to wszystko ogarniasz? – zapytała nieśmiało. – Gdybyś się wczoraj nie przyznał, w życiu nie domyśliłabym się, że… – urwała nagle.
                – Że jestem niewidomy? – Quentin uśmiechnął się lekko. Widać on, w przeciwieństwie do Nathaly, nie uważał rozmowy na ten temat za niezręczną. Odłożył na blat okrągłego stoliczka książkę, którą przyniósł pod pachą oraz kubek z herbatą dla siebie, po czym ukucnął na krawędzi tarasu. Zerwał pojedyncze źdźbło trawy, na którym ciągle wisiały maleńkie krople rosy, po czym spokojnie zasiadł w fotelu obok Nathaly. – Bądź tak miła i opowiedz mi o tym źdźble – poprosił łagodnie.
                – No… okej – odparła Nathaly, nie wiedząc, do czego właściwie zmierza ta rozmowa. – No więc jest takie małe i… zielone – wydukała pierwsze, co przyszło jej do głowy.
                – Ha, zielone? – Tino parsknął krótko i upił łyk herbaty. – Wiesz, może to nie zabrzmi zbyt skromnie, ale ludzie często mówią mi, że jestem bardzo przystojny. Wiele kobiet stara się o moje względy, prawi mi komplementy odnośnie mojego wyglądu. Ale dla mnie bycie przystojnym jest jak bycie zielonym – powiedział, unosząc zerwane źdźbło nieco wyżej i obracając je między palcami. – Wartość niemierzalna. A wartość, której nie mogę zmierzyć, tak naprawdę nie ma dla mnie żadnej wartości. To prawda, nigdy nie będę wiedział, jak wygląda zielony kolor. Jednak nie ma to dla mnie znaczenia, bo wystarczy mi, że wiem, że źdźbło, które trzymam w dłoni, jest szorstkie, jak skóra na łapkach Sandshrew i przyjemnie chłodne. Wiem, że ma delikatny, świeży zapach, przypominający mi zabawy na łące z przyjaciółmi z dzieciństwa, a trącane przez wiatr drży delikatnie i szumi tak cicho, że trzeba naprawdę przystanąć na chwilę i wyciszyć się, żeby to usłyszeć. Co z tego, że nigdy nie poznam, czym jest jego kolor? I bez tego wiem, jakie jest. Może i nie mam doświadczenia, jeśli chodzi o patrzenie na świat, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że czasami to właśnie wzrok zaślepia najbardziej. Właśnie, a propos wyciszania…
                Nathaly ocknęła się nagle, kiedy Tino zmienił ton z refleksyjnego na bardziej przyziemny. Wyjął z kieszeni jakiś nieduży przedmiot i położył go przed nią na stole.
                – Zanim zasnąłem, dużo myślałem, jak mógłbym pomóc tobie i twojemu Scizorowi. I przyznam się, że kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy. Dopiero dziś, kiedy się przebudziłem, przypomniałem sobie o tym.
                – A co to takiego? – Dziewczyna podniosła ów przedmiot za czarną, aksamitną tasiemkę, na której był umocowany. Wyglądał jak niewielka blaszana kulka z podłużnym nacięciem od spodu. Kulka musiała być w środku prawie pusta, bo kiedy Nathaly nią potrząsnęła, coś małego wewnątrz niej poruszyło się lekko, wydając cichy, przyjemny dźwięk, który trudno było porównać do czegokolwiek, co Nathaly do tej pory słyszała. Może nieco przypominał melodię Jigglypuffa. Nie usypiał jednak, a raczej tylko uspakajał i odprężał.
                – Taka rodzinna pamiątka, można powiedzieć – odparł Tino, przysuwając ku sobie przyniesioną wcześniej książkę. – Chciałbym, żebyś czegoś posłuchała.
                Mężczyzna otworzył książkę, zwinnie przesuwając palcami po jej stronach. Nathaly nigdy jeszcze nie widziała czegoś takiego. Zupełnie puste kartki bardziej przypominały jej kartki niezapisanego zeszytu. Nigdy nie domyśliłaby się, że to książka, gdyby każda ze stron nie miała na sobie dziesiątek wypukłych punkcików, ledwie dostrzegalnych w słabym świetle poranka.
                – Pismo Braille’a – wyjaśnił w końcu Quentin, bezbłędnie interpretując pełne zdziwienia milczenie dziewczyny. – To z „Wielkiej Księgi Starych Wierzeń i Ludowych Podań Regionu Johto”. Posłuchaj: W dawnych czasach, kiedy kult ognistego ptaka Ho-Oh był na tych ziemiach bardzo silny, a wielu ludzi utrzymywało, że widziało bóstwo na własne oczy, matki często poświęcały własne dzieci, jako kapłanów i kapłanki, mające służyć temu mistycznemu stworzeniu. Kapłani mieli za zadanie strzec Wschodniej Wieży Tin, budynku wzniesionego na terenie dzisiejszego Ecruteak City ku czci Ho-Oh. Według wierzeń jego wyznawców, Ho-Oh był bóstwem wybrednym i sam wybierał swoich kapłanów, jeszcze zanim ci przychodzili na świat. Stąd początki bierze współczesny zwyczaj odwiedzania Wschodniej Wieży przez ciężarne kobiety, które udają się tam, by prosić Ho-Oh o szczęśliwe rozwiązanie. Dawni mieszkańcy tych ziem wierzyli, że jeśli odwiedzającej wieżę ciężarnej ukaże się sam Ho-Oh, jej nienarodzone dziecko otrzyma błogosławieństwo ognistego bóstwa i kapłańską moc. Kapłani byli bardzo szanowani przez okoliczne ludy, gdyż przypisywano im zdolność zaklinania modlitw i próśb ludzi w dźwięk dzwonu. Był to jedyny sposób, by ludzkie modlitwy dotarły do Ho-Oh i były przez niego wysłuchane. Z tego właśnie powodu na obrazach i płaskorzeźbach pochodzących z tamtego okresu kapłani są najczęściej przedstawiani z niewielkim dzwonkiem w dłoni. Kapłański atrybut w postaci dzwonka stał się w późniejszym czasie ważnym elementem popkultury, a niektórzy do tej pory wierzą w jego nadnaturalne właściwości. Przykładem może być Kojący Dzwonek, przedmiot popularny zwłaszcza wśród trenerów, który ma łagodzić temperament u nadmiernie agresywnych Pokemonów i pomagać im odnaleźć wewnętrzną równowagę. Choć wielu trenerów po dziś dzień wierzy, że Kojące Dzwonki są spuścizną kapłanów, służących niegdyś potężnemu ognistemu bóstwu, większość z dostępnych obecnie na rynku, to zwyczajne ozdoby. Niewykluczone jednak, że ciągle istnieją oryginalne dzwonki, pamiętające czasy świetności kultu Ho-Oh i jego kapłanów.
                Dokończywszy cały akapit, Tino zrobił głęboki wdech i odłożył książkę z powrotem na stolik, zamieniając ją na kubek z herbatą, która zaczęła już powoli stygnąć. Dopiero kiedy dał kilka większych łyków, Nathaly wreszcie odezwała się do niego.
                – Ten dzwonek… Myślisz, że to jeden z tych, no wiesz, prawdziwych?
                – Kto wie? Wiem tylko, że jest w naszej rodzinie od dość dawna. Nigdy jednak nie miałem takiej sytuacji, w której konieczne byłoby jego użycie, więc nie powiem ci, czy faktycznie działa. W każdym razie nie mam żadnego innego pomysłu, jak ci pomóc. Weź go, proszę. I miejmy nadzieję, że mimo wszystko jakoś zadziała.
                – Oby. – Nathaly zapatrzyła się w mały, srebrny dzwoneczek, obracając go delikatnie w dłoni.
                – Oprócz tego uważam, że powinnaś powiedzieć wszystko Scizorowi.
                – Powiedzieć? Co?
                – Prawdę. To, co wczoraj powiedziałaś mnie.
                – Nie! Wykluczone! – Nathaly zareagowała bardzo impulsywnie, niemal zrywając się z fotela na równe nogi. – Nie powiem mu tego. Na pewno wściekłby się jeszcze bardziej.
                – Być może. Ale może gdyby wiedział, to oczyściłoby sytuację między wami i pomogło zmienić jego nastawienie.
                – Serio? Tino, jeśli powiem mu o tym – zaczęła dziewczyna, wyraźnie akcentując ostatnie słowo – to właśnie na pewno nie zmienię jego nastawienia do ludzi.
                – Do ludzi nie, ale z całą pewnością zmienisz nastawienie Scizora do siebie. A to byłoby już coś, prawda?
                Nathaly zamyśliła się, naprędce rozważając wszystkie za i przeciw. Szczerość faktycznie mogłaby jej pomóc, ale miała też sporo do stracenia. Z własną głową na czele, jeśli Scizor wpadłby w kolejny atak szału po usłyszeniu tych wszystkich rewelacji na swój temat.
                – Pomyślę nad tym. Dziękuję za dzwonek – powiedziała, podnosząc się z miejsca. Tino najwidoczniej usłyszał jak wstawała, bo sam również podniósł się z fotela.
                – Dokąd idziesz? – zapytał.
                – Wywalić z łóżka Abby i Raichu – odparła Nathaly, zwijając swój koc w równiuteńki rulon.
                – A potem?
                – Potem? Wyruszamy do Goldenrod. To chyba najbliższe miasto, w którym można zawalczyć o odznakę.
                – W takim razie powodzenia. I, Nathaly, naprawdę, zrób to, dobrze ci radzę.
                – Jeszcze pomyślę – odparła cicho, próbując oszukać nie tylko Quentina, ale i samą siebie. W głębi duszy bowiem wiedziała doskonale, że nie wystarczy jej odwagi, by wyznać Scizorowi prawdę. Jeszcze nie. Przynamniej na razie.
 
***
 
                – Celebi odwiedzał nas raz na jakiś czas. Bardzo się polubiliśmy. – Bugsy mówił powoli, a jego głos ciągle był słaby. Od zniknięcia mistrza Kurta minęło sporo czasu, więc młody lider doszedł już trochę do siebie. Wciąż jednak nie mógł do końca przeboleć straty przyjaciela. Mały, zielony stworek unosił się obok niego w powietrzu to z jednej, to z drugiej strony, próbując nie tyle pocieszyć go, co wesprzeć na duchu. – Wiedziałem jednak, że nie jest zwykłym Pokemonem. Bałem się o niego. Bałem się, że jeśli dowie się o nim ktoś o złych zamiarach, nie będę potrafił go ochronić. Dlatego poprosiłem Kurta o pomoc. Poprosiłem, żeby stworzył specjalny Pokeball, który byłby dla Celebiego bezpieczną kryjówką. Mistrz Kurt wywiązał się z mojej prośby idealnie. Zrobił wyjątkowy Ball, nie wiem z czego, ale wygląda jakby wcale nie był prawdziwy. – Młody lider wyjął z kieszeni niezwykłą kulę, która kształtem przypominała Pokeball, ale kolorem różniła się od niego zupełnie. Dolna połowa była srebrna, a górna błyszczała blaskiem najprawdziwszego złota. – Potem dorobił jeszcze podstawkę, na której wygrawerował napis, że władze Azalea Town, w dowód wdzięczności, przekazują mistrzowi Kurtowi bla, bla, bla… Kiedy położyło się Ball na tej podstawce, faktycznie wyglądał jak jakaś statuetka. Stało to to sobie u Kurta w salonie, setki osób się tam przewijały, a nikt nigdy się nie domyślił.
                Podczas gdy Bugsy opowiadał, Oficer Jenny mierzyła go przenikliwym wzrokiem, co parę chwil spoglądając na latającego po pokoju stworka. Początkowo nie mogła się do niego przyzwyczaić, w końcu nie każde przesłuchanie odbywa się w obecności Pokemonów uważanych za legendarne, ale z czasem stwierdziła jednak, że bliskość Celebiego dobrze wpływa na psychikę młodego lidera. Pozwoliła więc zostać Celebiemu tak długo, aż nie wyciągnie z Bugsy’ego wszystkich niezbędnych informacji.
                – Co było dalej? – zapytała nieco natarczywym tonem. Poprawiła brązowy kaszkiet, spod którego ciągle wymykały się nieposłuszne, grube kosmyki jej błękitnych włosów. Nie, tym razem Jenny nie była w policyjnym mundurze. W końcu nawet nie przyjechała tu służbowo. Ba, gdyby jej przełożeni dowiedzieli się, że zajmuje się taką sprawą na własną rękę, mogłaby wpaść w nie lada kłopoty. Nie obchodziło ją jednak, że może stracić pracę. Wreszcie pojawiła się szansa, na którą tak długo czekała. Nie mogła jej zmarnować.
                – Dalej… – Bugsy mruknął coś niepewnie pod nosem, zanim zaczął dalszą opowieść. – Potem Morty ostrzegł nas, że do mistrza Kurta przyjdą jacyś źli ludzie, szukający wyjątkowego Pokeballa. I rzeczywiście przyszło jakichś dwóch. Wypytywali co prawda o Master Balle, ale oboje z Kurtem od razu pomyśleliśmy, że może im chodzić o Pokeball Celebiego. Tylko że teraz… Kurta zabrali, Celebiego nikt nie szuka… Sam już nie wiem, o co mogło im wtedy chodzić.
                Jenny nic nie odpowiedziała, odruchowo bazgrząc długopisem w swoim notatniku. Nie robiła notatek, to byłoby zbyt ryzykowne. Zresztą sam generał Smith, kiedy zwrócił się do niej z tą sprawą, przestrzegł ją, by zachowała najwyższą dyskrecję. Nie musiał jej tego powtarzać. Nikomu, tak jak jej, nie zależało na rozwiązaniu tej sprawy. Nikt, tak jak ona, nie pragnął dorwać Giovanniego w swoje ręce. Smith wiedział do kogo się z tym udać. Kiedy tylko usłyszała, że zniknięcie Kurta może mieć coś wspólnego z Team Rocket, zgodziła się w to wejść bez mrugnięcia okiem. Może tym razem. Może wreszcie uda jej się dotrzeć do tego łajdaka. Może wreszcie będzie miała szansę – szansę na swoją prywatną wendettę.
                – Oficer Jenny?… – Bugsy zwrócił się do niej słabym głosem, zupełnie pozbawionym nadziei. – Nie żeby coś, ale zdaje sobie pani sprawę, że przesłuchuje mnie już trzeci raz, a o zniknięciu Kurta ciągle jeszcze nic nie wiadomo?
                – Cierpliwości. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale wszystko, co sobie przypomnisz, nawet najmniejsza i najbardziej niepozorna rzecz, może być kluczem do rozwiązania tej sprawy. To ważne, Bugsy. Dlatego tak na ciebie naciskam. Wiem jak blisko byliście z mistrzem Kurtem i wiem, że są pewne rzeczy, o których możesz wiedzieć tylko ty, on i nikt inny. Dlatego, bardzo cię proszę, jeśli jeszcze coś sobie przypomnisz, nawet coś, co wyda ci się mało istotne, zadzwoń do mnie, dobrze? – Kobieta podała chłopakowi swoją wizytówkę, skinieniem głowy raz jeszcze zapewniając go, że zrobi wszystko co w jej mocy, by odnaleźć Kurta. – Pamiętaj, to ważne – powtórzyła raz jeszcze, po czym zdecydowanym krokiem wyszła z pokoju.
                Bugsy jeszcze przez chwilę wpatrywał się nieprzytomnie w drzwi, które zamknęły się za nią z cichym trzaskiem. Potem otrząsnął się i nieco trzeźwiej spojrzał na kartkę z numerem telefonu, którą trzymał w dłoni.
                – Jenny Coldfire, Celadon City, Kanto – odczytał szeptem, po czym spojrzał na Celebiego, który zawisł nieruchomo tuż przed jego twarzą.
                – Zzz… bi – pisnął stworek, skinąwszy lekko łebkiem.
                Bugsy westchnął cicho i schował wizytówkę do kieszeni na piersi swojego harcerskiego mundurka.
                – Skoro twierdzisz, że możemy jej zaufać…
 
***
 
                Las Viridian był jasnym i pełnym życia miejscem, czym zupełnie nie przypominał mrocznych i cichych borów, porastających okolice Ecruteak City. Morty czuł się tu tak samo nieswojo, jak wielu trenerów czuło się nieswojo w jego rodzinnych stronach. Na szczęście był już niemal na miejscu. Tak przynajmniej mógł się domyślać, sądząc po zachowaniu Mew, który coraz to przyspieszał lotu i wiercił się niecierpliwie w powietrzu. Morty szedł za nim szybkim krokiem. Długo nie mógł namówić tego osobliwego stworzenia do współpracy. Mew nie pozwalał nikomu nawiązać ze sobą jakiegokolwiek kontaktu. Jedynie Celebi potrafił przekonać go, by nie znikał od razu, kiedy jakiś człowiek zjawiał się w pobliżu. Dopiero kiedy Morty zabrał oba legendarne Pokemony do Jaskini Trzech Dusz, okazało się, że Mew może mu pomóc i to bardzo. Duchy pokazały mu jakąś wizję, coś, czego nie mogły lub nie potrafiły pokazać Morty’emu, i od tamtej pory Mew, choć nieufny i unikający bliskości człowieka, bardzo starał się przełamać swoją niechęć. Czego Mew dowiedział się od Duchów? Tego Morty dokładnie nie wiedział. Zapytał o to tylko jeden raz, ale nie dowiedział się wtedy zbyt wiele.
                – Pokazałem mu pierwszego – usłyszał w odpowiedzi ostry, trzaskający niczym płomień, głos Entei’a. – Idź za nim. Doprowadzi cię do dziewczyny.
                Morty nie wnikał skąd Mew wiedział, gdzie znaleźć dziewczynę z wizji Duchów. Tak długo, jak stwór chciał go prowadzić, podążał za nim bez słowa sprzeciwu. Byli w drodze bardzo długi czas. Na tyle długi, że Mew zdążył doprowadzić go z Johto do Kanto, w okolice miasta Viridian. Przeprawiali się przez las już drugi dzień i wreszcie, jak wszystko na to wskazywało, dotarli do celu.
 Mew zawisł nieruchomo w powietrzu, kiedy las przed nimi ustąpił miejsca niewielkiej polanie. Po drugiej stronie polany stał dom – nieduża, drewniana chatka z poddaszem. W niczym nie przypominała leśnej chatki czarownicy ze znanych bajek, choć takie skojarzenie nasunęło się Morty’emu jako pierwsze. Była skromna i zadbana, a w jej szczycie rozciągał się mały ogródek warzywny i kilka kwiatowych rabatek.
                Morty usłyszał czyjeś kroki, dochodzące zza budynku, a Mew momentalnie rozpłynął się w powietrzu. Dla specjalizującego się w duchach lidera, takie nagłe zniknięcie Pokemona nie było niczym niezwykłym. Nie zwrócił więc na nie zbytniej uwagi, a jedynie utwierdził się w przekonaniu, że faktycznie ktoś się do nich zbliża.
                W ogrodzie pojawiła się zgrabna kobieta, z niebieską chustką przewiązaną na głowie dla ochrony przed słońcem, motyką w jednej ręce i konewką w drugiej. Na jego widok zatrzymała się, odstawiając konewkę czym prędzej i skinęła uprzejmie głową.
                – Dzień dobry! – zawołała tak melodyjnie, że niemal wyśpiewała te dwa słowa. – Pan do mnie? Zapraszam bliżej, zapraszam!
                Cóż było robić? Morty podszedł powoli, starając się nie zdeptać przy tym starannie wypielonych grządek. Na twarz przybrał wyraz neutralnej uprzejmości i oczyścił umysł, skupiając się już tylko na uśmiechającej się do niego kobiecie. A im bardziej się na niej skupiał, tym bardziej miał wrażenie, że skądś ją zna. Tylko skąd?
                – Zaraz… – mruknął do siebie. Ten mały, zadarty nosek, te pełne gracji ruchy, to spojrzenie, które zdawało się mówić: „Najmocniej przepraszam, czy pozwoli pan skopać sobie cztery litery w dwuwalce?”… – Pani Coveline?
                – Tak – odparła tamta z uśmiechem. – To znaczy, już nie. Nazywam się Root, Olivia Root. Coveline to moje panieńskie nazwisko. Ale o co chodzi? Co pana tu sprowadza?
                No tak, Olivia Coveline! Morty potaknął głową na tyle lekko, by nie wyglądało to dziwnie ani podejrzanie i raz jeszcze zmierzył rozmówczynię długim, badawczym spojrzeniem. Od początku był przekonany, że gdzieś już ją widział. Ba, widział i to nie raz! To było jeszcze za czasów, kiedy Morty zaczynał swoją przygodę z trenowaniem Pokemonów. Interesował się wtedy wszystkim i niczym, próbował wielu rzeczy, szukał swojej drogi. Szukał jej również na scenie pokazowej. Co prawda częściej oglądał konkursy, niż sam w nich uczestniczył, ale Olivię zapamiętał bardzo dobrze. Nigdy nie mieli okazji zmierzyć się ze sobą w koordynatorskiej walce. Zresztą, Morty nawet by się nie odważył. On, dziesięcioletni żółtodziób, ledwie ogarniający swoje dwa czy trzy Pokemony, miałby walczyć z jedną z przodujących koordynatorek sezonu? Aż tak ambitny nie był. Pokazy w Johto cieszyły się wtedy o wiele większą popularnością niż obecnie i Morty startował w nich bardziej przez wzgląd na to, że były akurat w modzie, niż z własnego zamiłowania. Od pierwszej jednak walki, w której zobaczył Olivię i jej podopiecznych w akcji, był pewien, że on wyniki końcowej klasyfikacji już zna. Nie pomylił się zresztą i z przyjemnością obejrzał podsumowanie sezonu, kiedy to Olivia Coveline została uhonorowana tytułem Top Koordynatora regionu Johto. Potem już nie śledził jej losów. Jedna sprawa, że znalazł wreszcie swoją prawdziwą pasję i bez reszty poświęcił się pracy z Pokemonami duchami. A druga, że Olivia musiała nie być szczególnie medialną postacią. Tylko raz czy dwa, krótko po zwycięskim sezonie, mignęła mu w telewizji jej znajoma twarz. Potem wszystko ucichło, a miejsce Olivii zajęły inne gwiazdki jednego sezonu.
                – Halo, proszę pana, czy coś się stało?
                Morty otrząsnął się szybko, zdając sobie sprawę, że milczy już zbyt długo.
                – Nie, nie. Wszystko w porządku. Po prostu nie spodziewałem się tu pani spotkać.
                – Czyli rozumiem, że pan jednak nie do mnie – zaśmiała się krótko Olivia. – Ale i tak miło, że ktoś jeszcze pamięta stare czasy. Proszę, zapraszam do środka. Zaproponuję panu coś do picia. I może w końcu dowiem się, jaki jest cel pana dzisiejszej wizyty.
                Olivia uśmiechnęła się serdecznie, ale nie natarczywie. Morty ruszył za nią, mijając resztę rabatek, grządki warzywne i drzemiącego w swojej muszli Wartortle’a, który leżał gdzieś między wybujałymi liśćmi kapusty, a którego wcześniej nie zauważył. Wreszcie weszli do domu.
                Olivia posadziła gościa przy stole, poczęstowała sokiem i resztką czekoladowych ciasteczek, które, jak się tłumaczyła, cudem ocalały po wizycie jej koleżanki z dwójką nienasyconych słodkościami maluchów, aż wreszcie zamilkła, wyczekująco przyglądając się zastygłej, poważnej twarzy Morty’ego. To był dla niego wyraźny znak, że pora jakoś ugryźć temat.
                – Ja… ja do córki – zaryzykował. O ile się orientował, Olivia nie miała młodszej siostry, a domek był na tyle mały, że na pewno mieszkała w nim najwyżej jedna rodzina.
                – Och… – westchnęła cicho Olivia. Zrobiła przy tym taką minę, że Morty, choć znał się na ludziach całkiem nieźle, nie potrafił określić, czy trafił, czy też nie. Szybko okazało się jednak, że trafił. I to w dziesiątkę. – Nathaly niestety nie ma teraz w domu. Od paru miesięcy jest w podróży.
                W podróży! W głowie Morty’ego zamigotała mała, czerwona lampka. Jeśli Nathaly, kimkolwiek ona jest, podróżuje, to zapewne jest trenerką. A w takiej sytuacji, o ile Morty nie pomylił się w swojej dedukcji, wiedział już, jak dalej pokierować rozmowę.
                – Aj, nie ma jej w domu? To niedobrze. – Również westchnął, po mistrzowsku udając głębokie zmartwienie. A czy mogę wiedzieć, gdzie ją znajdę?
                – Nathaly jest w Johto. Startuje w tamtejszej lidze.
                Olivia zapewne dodałaby coś jeszcze, a Morty o coś jeszcze zapytał, gdyby nie przerwał im wyraźny zgrzyt desek na tarasie za domem i ciężkie, bardzo ciężkie kroki, zbliżające się w ich kierunku. Do kuchni, w której siedzieli, wszedł przez taras wysoki mężczyzna w ciężkich, zakurzonych butach i cienkiej kurtce w maskującym kolorze.
                – Goście? – zapytał głosem, który niespecjalnie wyrażał jakiekolwiek emocje. Widać potrafił się zdystansować. Morty od razu poczuł wokół niego mocną aurę i promieniujący pewnością siebie, silny charakter.
                – To Edward, mój mąż. – Olivia bez ceregieli przeszła do zapoznania obu panów. – A to… właśnie, przepraszam, ale z kim właściwie mamy przyjemność.
                – Moja wina. Nie przedstawiłem się. Cóż za nietakt! – Morty wstał, niby zakłopotany, szybkim ruchem łapiąc dłoń kobiety i cmokając ją delikatnie. – Adam Castolletti, młodszy sekretarz Ligii Pokemon i zastępca prezydenta Ligii, Charlesa Goodshowa. Wysłano mnie do państwa, ponieważ Liga ma dla Nathaly pewną propozycję – wyrecytował na tyle naturalnie, że rzeczywiście mogło to być wzięte za prawdę.
                – Jaką? – zapytał krótko Edward.
                – O tym, bardzo mi przykro, ale mogę porozmawiać tylko z Nathaly. Osobiście. Czy mogą mi państwo powiedzieć, gdzie ją teraz znajdę?
                – W Johto, jak już wspomniałam – powiedziała Olivia, robiąc lekko zamyśloną minę. – Ale gdzie dokładnie? Tego panu nie powiem. Nathaly nie jest typem osoby, która chętnie wisi na telefonie. Od kiedy wyjechała do Johto, zadzwoniła do nas raptem ze dwa razy. Na pewno będzie się kręcić w okolicy miast, w których są stadiony liderów. Może proszę spróbować tą drogą…
                Edward nic nie mówił, ale Morty widział w jego oczach, że z trudem powstrzymywał się przed szturchnięciem żony łokciem i uciszeniem jej, zanim powie coś więcej. Młody lider w mig pojął, że najwyższa pora zwijać żagle. W końcu dowiedział się już ile trzeba, wiedział co dalej robić. Dłuższe siedzenie w domu państwa Root najzwyczajniej w świecie nie miało sensu.
                – Cóż, w takim razie przepraszam, że zająłem państwu tyle czasu. Spróbuję skontaktować się z Nathaly w inny sposób. Dziękuję za poczęstunek, pani Root. Ciastka były przepyszne. Dobrego dnia.
                Morty skłonił się uprzejmie. Wstał, z cichym skrzypnięciem odsuwając sobie krzesło i ruszył do wyjścia.
                – Odprowadzę pana – zaproponował sucho Edward. Morty nie zaoponował. Wolał nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń.
                Kiedy wychodzili z domu, stojący za progiem Wartortle, ten sam, który przedtem drzemał wśród kapusty, powitał ich cichym, nieprzyjemnym warknięciem. Morty wiedział dlaczego. Stworek musiał wyczuć obecność Mew, który siedział gdzieś w pobliżu i czekał, niewidzialny. Pokemony czują takie rzeczy. On sam, zresztą, też je czuje. W końcu jest medium, czasami potrafi nawet porozumieć się z tym, czego inni nawet nie widzą.
                Dwaj mężczyźni szli w milczeniu, tak długo, aż dotarli na skraj polany, poza zasięg wzroku i słuchu Olivii. Morty czuł, że takie właśnie było zamierzenie jej męża. Dalej można było pójść już tylko lasem, albo biegnącą wzdłuż niego, piaszczystą ścieżką.
                – Dziękuję serdecznie, panie Root. Do widzenia. – Morty skłonił głowę raz jeszcze. Odwrócił się powoli i dał pierwszy krok ku zieleni lasu. Nie zdziwił się jednak wcale, gdy silna, ciepła dłoń Edwarda zacisnęła się na jego przedramieniu.
                – Czego chcesz od mojej córki? – wycedził półgłosem Edward Root, zaciskając zęby. Morty odwrócił ku niemu twarz, spokojnie, ale odpowiedzieć nie zamierzał. – Nie wygłupiaj się, człowieku. Powiem wprost: Adam Castolletti jest niski, gruby i ma pryszcze. I nie mówię tego z czystej złośliwości, ale tylko po to, żeby dać ci do zrozumienia, że zupełnie go nie przypominasz. Więc lepiej powiedz, o co ci tak naprawdę chodziło, kiedy tu przyszedłeś, zanim poproszę cię o legitymację sekretarza Ligii, której, rzecz jasna, nie masz.
                – Niesamowite – mruknął Morty, kręcąc lekko głową. Jego oczy znów były puste, nie musiał już udawać uprzejmości.
                – Nie widzę w tym nic niesamowitego. To, że Castolletti nie jest tak znany, jak sam Goodshow, nie znaczy, że nikt w Kanto go nigdy nie widział.
                – Chodziło mi raczej o to, że nie podejrzewałem pana o zdolność do wypowiedzenia aż tylu słów na raz. Do tej pory nie był pan zbyt wylewny. – Morty uśmiechnął się nieprzyjemnie.
                – Człowieku, wystarczy! Masz szczęście, że nie chciałem denerwować Olivii, inaczej nic byś się od niej nie dowiedział. Krótko, chcę wiedzieć tylko jedno: czy Nathaly coś grozi?
                – Nie. Nie wiem – Morty poprawił się szybko. Mówił prawdę. Do dziś nie wiedział nawet, jak nazywa się dziewczyna, której szuka. Skąd ma wiedzieć, czy coś jej grozi? Niby Duchy wspominały coś, że dziewczyna będzie cierpieć, ale skąd ma wiedzieć, jak dokładnie zinterpretować ich słowa? – Panie Root, widzę, że jest pan konkretnym człowiekiem, więc też będę wobec pana konkretny. Nie zamierzam skrzywdzić pańskiej córki. Nie znam jej. A próbuję ją odnaleźć tylko dlatego, bo… z pewnych źródeł wiem, że Nathaly prawdopodobnie zrobiła coś bardzo, bardzo złego.
                – To niemożliwe! – Edward przerwał mu gwałtownie. – Nathaly to dobra dziewczyna.
                – Panie Root – Morty odetchnął ciężko. Czuł się jak lekarz, który musi przekazać najbliższym pacjenta złe informacje. To znaczy czułby się tak, gdyby nie był wyjątkowo odporny na ludzkie emocje. – złe rzeczy, to ciągle złe rzeczy, nawet jeśli robią je dobrzy ludzie. Nie jestem tu po to, żeby oceniać pańską córkę, tylko żeby zapobiec czemuś, co może się stać częściowo z jej winy. Jak duża jest ta wina, tego nie wiem. Chciał pan konkretu, oto konkret. A teraz, jeśli pan pozwoli…
Morty wolną dłonią poluźnił uścisk Edwarda i oswobodził się z niego, bez dalszych wyjaśnień ruszając piaszczystą ścieżką przed siebie.
                – Morty! – Wołanie Edwarda zaskoczyło go na tyle, że znów zatrzymał się w pół kroku. Nie na tyle jednak, by ponownie odwrócić się ku niemu. – Widać jednak masz z Castollettim coś wspólnego. Obaj nie jesteście aż tak mało znani, jak ci się wydaje, prawda? Morty, ty też jesteś dobrym człowiekiem. Mimo wszystko mam takie wrażenie. Dlatego wiem… Nie pozwolisz, żeby Nathaly stało się coś złego.
                Nie było to pytanie. Nie był też rozkaz. Edward po prostu stwierdził coś, co nagle wydało się Morty’emu oczywistością i bzdurą zarazem. Poczuł dziwny ciężar na swoim lewym ramieniu. Gardło zacisnęło mu się w nienaturalny sposób i coś, nie on sam, ale coś z zewnątrz, odpowiedziało za niego, choć jego własnym głosem:
                – Nie, ja nie pozwolę.
                Dopiero kiedy ciężar ustąpił, a gardło znów rozluźniło się, Morty zrozumiał. To był Mew. Nie tracąc czasu na niepotrzebne rozmyślania, czym prędzej ruszył w drogę.