piątek, 3 listopada 2017

26. A fishing line of a bad luck

                Niewielka łódeczka dryfowała leniwie w pobliżu brzegu. Spokojne morskie fale zdawały się ledwie ją kołysać. Dookoła, jak Digletty spod ziemi, pojawiały się, to znów znikały rogate łby Seakingów. Zasady konkursu były proste – komu uda się złowić, pokonać w walce i schwytać największego Seakinga, ten zostanie zwycięzcą. Tak proste, a tak trudne zarazem. Zwłaszcza, gdy ma się przy sobie pewne małe, hałaśliwe stworzenie, którego niestety nie da się zamknąć w Pokeballu dla świętego spokoju.
                – No dlaczego nic mi nie powiedziałaś?!
                Nathaly zmierzyła hałaśliwe stworzenie ostrzegawczym wzrokiem.
                – Abby, przestań tak zamaszyście tupać, bo wywrócisz nam łódkę – warknęła przez zęby.
                – Ale nic mi nie powiedziałaś! Jestem na ciebie zła!
                – Dziewczyny… – syknęła błagalnie Misty, przykładając palec do ust. – Tu się łowi.
                Abby prychnęła pod nosem i po raz kolejny tupnęła demonstracyjnie. Nathaly traciła już cierpliwość. Jak zawsze zresztą, gdy w grę wchodziło bliskie spotkanie z wodą głębszą niż ta w wannie.
                – Przysięgam ci, że jeśli jeszcze raz tak zrobisz, to od razu wiosłujemy do brzegu i tam cię zostawię! – zagroziła, na co Abby nadąsała się jeszcze bardziej.
                – Dobra, jak ja złapię jakiegoś mega fajnego Pokemona, to też ci o tym wcale nie powiem, zobaczysz – zapiszczała stanowczo. Przestała co prawda tupać, ale jej zawzięta mina nie złagodniała ani odrobinę.
                – Przecież wcale nie złapałam go teraz, tylko już dawno. A zresztą… – Nathaly skapitulowała, machając bezradnie dłonią.
                Naprzeciwko, tuż obok Raichu, która kurczowo ściskała w łapkach najmniejszą dostępną w okolicy wędkę, siedział drugi stworek, a zarazem powód fochów wszelakich, którymi Abby strzelała jak z automatu. Był on zielony, miał na grzbiecie całkiem spory, lekko rozkwitnięty pąk i kilka ciemniejszych plamek tu i ówdzie.
                – Swoją drogą – włączyła się do rozmowy Misty – pomijając całą waszą krzykliwość, przez którą ryby przestały mi już brać, nic nie wspominałaś, że twój Ivysaur potrafi wędkować. Wykorzystanie Dzikiego Pnącza zamiast przynęty to całkiem niezła sztuczka.
                – Prawda? – Nathaly uśmiechnęła się lekko. – Podpatrzyłam to od mojego taty. Dawniej chodziłam z nim czasem nad leśne jeziorka, żeby przyglądać się, jak łowi ryby razem ze swoim Venusaurem. Kiedy wróciłam do domu po finałach Ligii Kanto, kilka razy wybraliśmy się nawet na ryby wspólnie. Ivysaur nauczył się od Venusaura taty kilku fajnych sztuczek – powiedziała, a Ivysaur, jakby na potwierdzenie tych słów, wyciągnął z wody swoje długie pnącze i pomerdał nim, niczym smakowitym pędrakiem. – Dlatego pomyślałam sobie, że warto ściągnąć go tu na chwilę, przynajmniej na czas zawodów. Poza tym tak dawno się nie widzieliśmy. Dobrze w końcu spędzić razem trochę czasu.
                Trawiasty stworek uśmiechnął się promiennie, a Raichu, równie rozpromieniona, trąciła go łapką w bok, tak zupełnie po przyjacielsku.
                – I tak jestem zła, że nie powiedziałaś mi wcześniej, że masz Ivysaura – powtórzyła Abby, dla lepszego efektu pociągając dwa razy nosem.
                – Abby? – Misty trąciła ją lekko palcem w ramię.
                – Nie przeszkadzaj mi, kiedy obrażam się na tę tutaj…
                – Ja nie o tym – przerwała jej liderka. – Twoja wędka, patrz.
                Dziewczynka spojrzała czym prędzej na swoją wędkę, która stała utknięta pomiędzy burtą łodzi a drewnianym siedziskiem. Długie, elastyczne wędzisko gięło się do granic możliwości, a naprężona żyłka trzeszczała cicho.
                – Mam! Mam! Coś się złapało! Hoothoot, szybko! Bierz go, zanim nam zwieje! To będzie wielka sztuka! Już jest nasz!
                Pierzasty stworek, który do tej pory siedział smętnie na dziobie łodzi, kurczowo trzymając się jej grubymi szponami, potrząsnął lekko łebkiem. Nie był w najlepszej dyspozycji, ale mimo to nie chciał rozczarować swojej trenerki. Poderwał się ciężko do lotu, uparcie machając drobnymi skrzydełkami, po czym zapikował pod wodę, wpadając do niej z chlupotem w miejscu, gdzie znikała naprężona żyłka. Przez chwilę zapanował względny spokój. Tylko falujące na wodzie koła, coraz większe i większe, rozchodziły się powoli z miejsca, w którym zanurkował Hoothoot.
                – Jest, jest! – krzyknęła Abby. Dokładnie w tej samej chwili mała, przemoczona, pierzasta kulka wyłoniła się spod powierzchni. Z krótkiego dziobu Poke-ptaka zwisał pokaźny pęk splątanych wodorostów. – E… ej, a gdzie ryba?!
                Pokemon wylądował na swym dawnym miejscu, ponownie zacisnął szpony na dziobie łodzi i pokręcił bezradnie głową. Zaraz też wypuścił wodorosty z dzióbka i wychylił się za burtę, pojękując żałośnie.
                – Fuj… Hoothoot, czy to były chrupki ze śniadania? – Abby skrzywiła się, odwracając wzrok od nieprzyjemnego widoku.
                – Rany, co mu jest? – zmartwiła się Nathaly.
Hoothoot odetchnął ciężko, zahukał i wytarł dziób krótkim skrzydełkiem. Misty, która siedziała najbliżej, przyjrzała mu się poważnie.
                – Jak na moje, to wygląda, jakby miał chorobę morską – powiedziała.
                – Co? – Nathaly uniosła brwi, niedowierzając własnym uszom.
               – Tak. Co jest oczywiście trochę dziwne, bo choroba morska ma ponoć związek z zaburzeniami zmysłu równowagi. A Hoothooty są znane z…
                – Z doskonałej równowagi. No właśnie – dokończyła za nią Nathaly.
                – Świetnie! – Abby usiadła na drewnianym siedzisku tak zamaszyście, że łódka zakołysała się po raz kolejny. – Jedyny na świecie Hoothoot, który nie umie ustać na jednej nodze, trafił się akurat mnie. No nic, przynajmniej dalej jest słodki… – dziewczynka urwała nagle, bo sówka po raz kolejny wychyliła się za burtę, by choć trochę ulżyć styranemu żołądkowi. – Uuugh… z małymi wyjątkami. – Dokończyła Abby, spoglądając na Hoothoota już z o wiele mniejszym rozczuleniem.
                Misty i Nathaly nie wiedziały, czy śmiać się, czy płakać. I pewnie trwałyby w tym niezdecydowaniu jeszcze dłużej, gdyby ich łódka nagle nie zatrzęsła się mocno, o wiele mocniej, niż do tej pory.
                – Abby!...
                – Co chcesz? To nie ja! – odkrzyknęła natychmiast dziewczynka, kiedy oskarżycielskie spojrzenie Nathaly spoczęło właśnie na niej.
                Łódź tymczasem chwiała się i drżała, mocniej i mocniej. Cała jej załoga, ludzie i Pokemony, rozejrzała się nerwowo dookoła. Woda pod nimi i po bokach falowała podejrzanie, a parę metrów pod jej powierzchnią przemykał ciemny kształt. Ogromny kształt.
                – Co to jest?! – Nathaly wychyliła się za burtę na tyle, na ile pozwalał jej strach i niechęć do wody.
                – Nie wiem – odparła szybko Misty. – Ale jeśli ryba, to musi być jakaś ogromna!
                Raichu pisnęła nerwowo, kiedy maleńka wędka niemal wysunęła jej się z łapek. Pokemon ze wszystkich sił starał się ją utrzymać, skutkiem czego, razem z wędką, został pociągnięty do wody.
                – Raichu! – Nathaly próbowała złapać swoją towarzyszkę w locie, ale na nic się to zdało. A gdyby nie szybka interwencja Misty, która w ostatniej chwili złapała ją za kaptur, za burtą znalazłby się nie jeden, a dwoje nieszczęśników. – Raichu, gdzie jesteś!?
                Minęła dłuższa chwila, zanim spod powierzchni odpowiedział jej niewyraźny, bulgoczący dźwięk. Zaraz potem woda wybrzuszyła się nienaturalnie, a jeszcze chwilę później wyłonił się spod niej znajomy kształt seakingowego grzbietu. Tyle tylko, że rozmiarem bardziej przypominał średniej wielkości auto, niż przeciętnego Seakinga. Ryba podskoczyła nad powierzchnię, ciągnąc za sobą kurczowo uwieszoną na wędce Raichu. Elektryczny stworek był w porównaniu do niej tak mały, że pewnie nawet nie czuła, że ma pasażera na gapę.
                – Raichu, puść tę wędkę! No puszczaj, no! – nawoływała Nathaly, cała w nerwach.
Raichu jednak ani myślała się poddać. Zacisnęła ząbki i z wyraźną determinacją na mordce przycisnęła wędkę jeszcze bliżej siebie.
                – Ale gigant – mruknęła do siebie Abby. Przestraszony całą sytuacją Hoothoot uczepił się mocno jej czupryny, targając blond włosy jeszcze bardziej.
                – On ją pociągnie na dno – zawołała zaniepokojona Misty.
                – Raichu, nie wygłupiaj się, puść tę wędkę! – Nathaly darła się coraz głośniej. Kiedy jednak dotarło do niej, że Raichu nie odpuści, postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. – No dobra, Ivysaur, złap tego małego uparciucha i wciągnij tu z powrotem!
                Dwie grube liany świsnęły w powietrzu, popędziły w stronę Raichu i oplotły ją w pasie ciasnym, stabilnym zwojem. Kiedy jednak Ivysaur próbował wciągnąć elektrycznego stworka do łodzi, pnącza naprężyły się momentalnie, a żyłka stawiła im opór.
                – Co jest? – warknęła przez zęby Nathaly.
                – Chyba ten Seaking ma inne plany. – Abby wskazała palcem na ogromną rybę, która wyglądała teraz na nieco spanikowaną.
                – O nie… – zdążyła jęknąć Misty, zanim ich łódka ruszyła gwałtownie.
                No i się zaczęło. Wielki Seaking pruł przed siebie jak opętany. Raichu kurczowo ściskała wędkę, a Ivysaur kurczowo ściskał Raichu swoimi pnączami i ostatecznie łódź dziewczyn zmieniła się w jeden, wielki, seakingowy zaprzęg.
                – Niedobrze, niedobrze! Bardzo niedobrze – powtarzała bez przerwy Nathaly, nie mogąc się do końca zdecydować, czy właśnie jest na Raichu wściekła, czy też się o nią martwi.
                – Hoothootowi też jest bardzo niedobrze – wtrąciła wreszcie Abby, przyciskając ledwie żywą sówkę do siebie.
                – I z nami też nie będzie zbyt dobrze, jeśli szybko czegoś nie zrobimy. Ryba złapana na haczyk jest jak Meowth z puszkami przywiązanymi do ogona. Leci na oślep – wyjaśniła szybko Misty, wskazując głową na brzeg, który z każdą chwilą był coraz bliżej. Żadnej z dziewczyn nie uśmiechała się wizja roztrzaskania się o betonowe falochrony.
                – Co robić? – spytała nerwowo Nathaly. Cieszyła się, że przynajmniej ma pod ręką speca od wędkowania.
                – Popuść żyłkę!
                – Ra… a… ai!? – Raichu odwróciła łebek w stronę Misty i pokręciła nim prędko, dając w ten sposób do zrozumienia, że nie ma już ani trochę żyłki do popuszczenia.
                – Ja ci zaraz popuszczę. Oj, ja ci popuszczę – warknęła Nathaly. – Ivysaur, Ostry Liść!
                Kilka ostrych, liściastych pocisków ominęło Raichu, ale dopiero któryś z kolei trafił w naprężoną żyłkę, przepoławiając ją bez trudu. Przyciągnięta ivysaurowym pnączem Raichu od razu wpadła z impetem do łodzi, niemal taranując Abby i jej umęczonego podopiecznego. Wielki Seaking nie zdołał połapać się w sytuacji, bo zaraz potem wypłynął na mieliznę, zarył brzuchem w zamulone dno i upadł na boku, szamocząc się bezradnie. Łódka zwolniła nieco, ale dopiero szybka reakcja Ivysaura, który zaczepił swoje pnącza o dwa betonowe słupy falochronu po prawej i po lewej stronie, wyhamowała ją do reszty.
                Nathaly i Misty odetchnęły z ulgą. Raichu natomiast, jak gdyby nigdy nic, wygrzebała z plecaka swojej trenerki konkursowy Pokeball i trzymając go w pyszczku, zrobiła kilka dużych susów po płytkiej wodzie. Dobiegła do Seakinga, przytknęła do niego czubek swojego ogona i poczęstowała ogromną rybę solidną dawką elektryczności. Seaking jęknął cicho. Raichu trąciła go łapką raz i drugi, a kiedy nie doczekała się żadnej reakcji z jego strony, wyjęła z pyszczka Ball i przycisnęła go do zimnego cielska rybiego Pokemona.
                Charakterystyczne pyknięcie zatrzaskującej się blokady Pokeballa wyrwało Nathaly z lekkiego szoku, w jaki wprawiła ją ta szaleńcza przejażdżka.
                – Ostatni raz! – powiedziała groźnie, zmierzając ku Raichu z zaciśniętymi pięściami. – Jeszcze raz wywiniesz mi taki numer, a na serio zacznę zamykać cię w Pokeballu!
                Raichu zrobiła skruszoną minkę. Zaraz jednak poweselała i z zadowoleniem wyciągnęła przed siebie konkursową kulę.
                – Brawo! Gratuluję. – Ktoś odezwał się niespodziewanie nad ich głowami. Kiedy Nathaly spojrzała w górę, zobaczyła stojącego na falochronie mężczyznę w wysokich, rybackich butach. – Widziałem jak Raichu łapie mojego malucha. Co jak co, ale wietrzę tu przyszłego zdobywcę Złotej Wędki.
                – Malucha? – zapytała wymownie Misty. – Pan wybaczy, ale przeciętny Seaking ma około czterdziestu kilogramów. Ten tutaj ma spokojnie z pół tony.
                – Masz dobre oko, dziewczyno. Dokładnie pięćset czternaście i pół kilo. Wpuściłem go tu tylko po to, żeby się nim pochwalić. Nie liczyłem, że któremuś z zawodników naprawdę uda się go złowić. Ale skoro się udało… Wszystko wszystkim, ale moim zdaniem wygraną masz jak w banku.
                – Super – mruknęła pod nosem Nathaly. Nigdy, przenigdy w życiu nie chciałaby powtórzyć tego szaleństwa.
                – Ale fajnie! To co Nath, wracamy tu za rok?
                – Nawet nie zaczynaj! – Trenerka uciszyła swoją towarzyszkę jednym, ciężkim, morderczym wręcz spojrzeniem.
 
***
 
                – Wróciłeś? – Celebi westchnął cicho, wsłuchany w odgłosy spokojnego lasu Ilex. Potrafił tu odróżnić i rozpoznać niemal każdy dźwięk, każdy szelest i każdy trzask pękającej gałązki. Bez trudu zorientował się więc, że ktoś postanowił przyłączyć się do jego samotnych rozmyślań. – Sam? Bez Morty’ego?
                – Nie czekałem za nim. Poradzi sobie. Zresztą… miałem go tylko zaprowadzić do dziewczyny. Nie obiecywałem wspólnego powrotu. – Mew przysiadł lekko na gałęzi rozłożystego apricorna. Na chwilę zapanowała między nimi cisza, choć Celebi czuł wyraźnie, że Mew chce go o coś zapytać. – Ty już tam byłeś, prawda?
                – Byłem… gdzie?
                – Tutaj. To znaczy… teraz. W tym innym teraz. Tym, w którym wszystko zadziało się zupełnie inaczej.
                – Tak, byłem.
                Mew popatrzył na Celebiego z nieodgadnionym wyrazem na różowej mordce.
                – Celebi, nieźle namieszałeś.
                – Musiałem – padła natychmiastowa odpowiedź. Celebi był tak poważny, jak jeszcze nigdy od kiedy Mew spotkał go po raz pierwszy. – Tamta przyszłość, ta, w której Nathaly nigdy nie spotyka Raichu, w której nie zaprzyjaźnia się z tamtym chłopakiem, z Samem i w której nie spotyka ciebie… Ta przyszłość, w której giniesz w jaskini przygnieciony przez tamtą skałę… Bardzo mi się ona nie podobała, wiesz? Ale… Mew?
                – Tak?
                – Przepraszam cię.
                – Za co?
                – Masz rację, sporo już namieszałem, ale… nie wszystko da się zmienić. Rozumiesz?
                – Rozumiem.
                Mew rozumiał. Głęboko i prawdziwie rozumiał. Nie pytał już o nic, bo nie chciał tego wiedzieć. Jeszcze nie teraz. Choć w głębi serca i tak już wiedział. Wiedział, że chodziło o niego. Od początku chodziło o niego. Odłożył to jednak, bo dręczyła go jeszcze inna sprawa.
                – Morty niedługo tu będzie. Znajdzie ją. Prędzej czy później ją znajdzie – powiedział powoli ale z całym przekonaniem.
                – Na pewno – zgodził się z nim Celebi.
                – Jak myślisz, czy powinienem się przed nią ujawnić?
                – Zrobisz jak uważasz, ale… – Celebi zawiesił głos, milknąc na chwilę. – Mew, ona widziała jak umierasz. Nie wie, że cię wtedy uratowałem. Widziała, jak przygniata cię dwutonowa skała. Moim zdaniem powinieneś dać jej jeszcze trochę czasu.
                – Ile?
                – Tyle, ile trzeba. To tylko człowiek. W dodatku człowiek, którego najbliższa przyszłość najwyraźniej nie zapowiada się zbyt różowo. Wiem, że trudno ci będzie znaleźć odpowiedni moment, ale może warto jeszcze trochę poczekać.
                – Poczekam ile będzie trzeba – zgodził się Mew, unosząc się z gałęzi i zawisając nieruchomo w powietrzu – jeśli tylko ma to w czymkolwiek pomóc.
                – Na pewno nie zaszkodzi – stwierdził Celebi, opierając się wygodniej o pień. Mew zniknął bezszelestnie, więc mógł znów wsłuchać się w kojącą ciszę i spokój otaczającego go lasu.
 
***
 
                Goldenrod zdecydowanie nie było dla Nathaly szczęśliwym miejscem. Od kiedy tu przybyła, wszystko zdawało się jakby sprzysięgnąć przeciwko niej. Najpierw ta dziwna asystentka liderki, Naomee, niemal wyrzuciła ją z sali, potem Raichu dostała niespodziewanego ataku upartości, który mało co, a skończyłby się kolejną przymusową lekcją pływania. Nic dziwnego, że Nathaly chodziła cała wkurzona. Jakby tego wszystkiego było jeszcze za mało, wyglądało na to, że w najbliższym czasie na walkę z Whitney nie ma co liczyć. Nathaly, wracając z konkursu wędkarskiego, specjalnie zahaczyła o jej salę. Dowiedziała się jednak tylko tyle, że na razie sytuacja się nie zmieniła i jak tylko Whitney znajdzie chwilę, to się z nią skontaktuje. Tymczasem polecono jej czekać cierpliwie i korzystać z uroków miasta. Jeśli wszystkie te uroki są tak emocjonujące, jak ten konkurs wędkowania – pomyślała trenerka – to chyba lepiej siedzieć na tyłku w pokoju w Centrum.
                Raichu szła przodem, dumnie ściskając w łapkach pozłacaną statuetkę, symbol jej niedawnego zwycięstwa. Tak się składało, że mężczyzna, którego dziewczyny spotkały przy falochronie, okazał się jednym z jurorów konkursu łapania Seakingów, a jego „maluszek” faktycznie był największym okazem w okolicy, co automatycznie uplasowało Raichu na pierwszym miejscu. Oprócz statuetki Złotej Wędki, z którą nie chciała rozstać się ani na chwilę i tytułu Honorowego Obywatela Goldenrod City, Raichu zdobyła też platynową kartę, która upoważniała do darmowego korzystania z wszystkich atrakcji miasta. A ponieważ karta nie mogła zostać wystawiona na Pokemona, zaszczyt darmowych wejściówek automatycznie przeszedł na Nathaly.
                – No przyznaj, że się cieszysz. – Pomijając wszystkie niefortunne zbiegi okoliczności, które dotknęły Nathaly w tym mieście, była jeszcze Abby. Dziewczynka, zachwycona karkołomnym, wędkarskim popisem Raichu, nie przestawała paplać w kółko o jednym i tym samym. – Twój Pokemon wygrał! Musisz być z niego dumna.
                – Jak wszyscy diabli – mruknęła Nathaly pod nosem.
                – I te darmowe atrakcje! Nath, naprawdę, raz przestałabyś marudzić i skorzystała z okazji.
                – Jasne. A z czego tu w ogóle można skorzystać, bo jakoś tych atrakcji nie widzę?
                – No… Z takich ciekawszych rzeczy, w Goldenrod jest sala liderki – Misty przyszła z pomocą, ale Nathaly zdążyła przerwać jej, zanim w ogóle skończyła pierwsze zdanie:
                – Liderki, która nie ma czasu na walkę ze mną, chciałaś powiedzieć? Nie za dużo tych atrakcji jak na jeden raz?
                – Jest też konkurs wędkowania…
                – Nie. Nie mów o tym więcej. Proszę.
                Misty skinęła lekko głową, czując na sobie groźny wzrok Nathaly.
                – Tak… No to może… Aha! Jest jeszcze jakieś muzeum antycznego czegoś tam. Pamiętam, jak kiedyś mieli wystawę najdziwniejszych narzędzi używanych przez starożytnych żeglarzy. Nawet ciekawe. Może tam się wybierzecie? Pewnie teraz też mają jakieś fajne ekspozycje.
                – No, to już prędzej. Czyli postanowione. Skoro na razie i tak nigdzie się jeszcze nie wybieramy, jutro idziemy do tego całego muzeum.
                – Ale, Nath, muzeum? Serio? Możesz wejść wszędzie, a ty wybierasz takie nudziarstwo?
                – Wybacz Abby, najwidoczniej przytłoczył mnie ten ogrom możliwości – odparła Nathaly z ironią w głosie. Ten wisielczy humor zaczynał jej coraz bardziej ciążyć. Zaczęła przeglądać w myślach ostatnie wydarzenia, chcąc doszukać się choć jednej miłej rzeczy, która spotkała ją w tym mieście i nagle przypomniało jej się coś jeszcze. – Hej, Misty, wiesz może co to jest paragraf dwadzieścia trzy?
                – Paragraf dwadzieścia trzy? A skąd? Przecież nie jestem żadnym prawnikiem, czy coś.
                – Ale jesteś oficjalną liderką Ligii Pokemon. A dziewczyna, która mi o tym wspomniała, mówiła, że to jakiś ligowy żargon. Myślałam, że może będziesz wiedziała.
                – Wybacz, ale nie mam pojęcia. Paragraf dwadzieścia trzy?... Czekaj, chodzi ci może o artykuł?
                – Tak! Chyba tak. – Nathaly pstryknęła palcami. – Wiesz co to może być?
                – Szczerze? Jako liderka chyba nie powinnam się do tego przyznawać, ale tak średnio. Znaczy, wiem, że podczas oficjalnego zaprzysiężenia na lidera sali w Cerulean musiałam coś tam podpisać. To się nazywa Artykuły Ligowe, taki jakby zbiór przepisów i zaleceń co do tego, jak lider powinien zachować się w poszczególnych sytuacjach. Miałam wcześniej czas, żeby się z nimi zapoznać, ale… no… jakoś nigdy nie miałam głowy do przepisów. Zresztą każda Liga ustala swoje zasady i artykuły mogą się trochę różnić w zależności od regionu. A powiesz mi dokładnie od kogo to słyszałaś?
                – Kiedy pierwszy raz poszłyśmy do sali Whitney – Nathaly zaczęła mówić, robiąc wcześniej głęboki wdech – była tam taka dziewczyna, Naomee. Asystentka, albo arbiter, tego dokładnie nie wiem. I kiedy poprosiłam o walkę, ona powiedziała, że musi zadzwonić. No i zadzwoniła, do Whitney właśnie. I powiedziała jej, że jest jakaś tam sytuacja, że artykuł dwadzieścia trzy. No, przynajmniej coś w tym stylu. Potem rozłączyła się i kazała nam zaklepać pokój w Centrum i czekać na wiadomość od Whitney. Nie wiem, ale jak na moje, to dziwnie się zachowywała.
                – Hm, faktycznie, brzmi to trochę podejrzanie – odparła Misty zamyślonym głosem. – Chociaż tu, w Johto, artykuł dwadzieścia trzy może równie dobrze oznaczać po prostu wyzywającego, który przyszedł prosić o pojedynek. Jeśli chcesz, mogę to dla ciebie sprawdzić, żebyś się niepotrzebnie nie denerwowała.
                – Naprawdę, mogłabyś?
                Misty zdecydowanie pokiwała głową.
                – Każdego roku po zawodach wybieram się na duże zakupy. Goldenrod to prawdziwy raj dla wędkarzy i mają tu różne gadżety, których nie dostanie się nigdzie indziej. Na przykład ta żyłka, na którą Raichu złowiła tego olbrzyma. Myślisz, że nasza żyłka wyprodukowana w Kanto wytrzymałaby takie obciążenie? A ta, proszę bardzo. Na pewno by nie pękła, gdyby nie Ostry Liść Ivysaura. Więc jutro do południa pobiegam trochę po sklepach, a kiedy wrócę, zaloguję się do systemu ligowego i sprawdzę, co znaczy ten artykuł. My, liderzy, mamy dostęp do takich rzeczy. Tylko nie rozpowiadaj za bardzo, że wiesz to ode mnie, zgoda?
                – Zgoda. – Nathaly uśmiechnęła się lekko. Chyba pierwszy raz od rana. – Dzięki Misty. Przynajmniej będę wiedziała, na czym stoję.
                – Nie ma sprawy. To tylko drobna, przyjacielska przysługa. Zresztą, nie przejmuj się tak. To na pewno nic strasznego. – Misty zaśmiała się cicho. No bo w końcu co strasznego mógłby oznaczać jakiś tam artykuł dwadzieścia trzy?